2021. Czaruś, Apka i Sisi.

Rozmowy z Kotem
  • 153

Jedenastoletnia dziewczynka w końcu nie wytrzymała. Rozdzierający płacz rozlegał się regularnie od wczorajszego popołudnia i wiadomo było, że nie będzie trwał wiecznie. Wieczorem podsłuchała rozmowę rodziców podczas której zirytowany ojciec oznajmił, że jeszcze raz usłyszy ten irytujący jazgot, a znajdzie te cholerne koty i pójdzie z nimi nad pobliską rzekę. Ma zamiar się porządnie wyspać i nikt nie będzie mu w tym przeszkadzał. Dziewczynka nie była w stanie zasnąć tej nocy. W uszach wciąż brzmiał jej apodyktyczny głos ojca i wizja topionych bezbronnych kociąt. W którymś momencie coś w niej pękło. Po cichutku wstała z trochę trzeszczącego łóżka, założyła bambosze i na palcach wyszła ze swojego pokoju.  Podeszła do schodów, odwróciła się w stronę sypialni rodziców i najciszej jak to jest możliwe zeszła z piętra i udała się do sieni. Po drodze zabrała z wieszaka swoją kurteczkę. Zawróciła do kuchni, zabrała spod stołu schowane tam kaloszki i wymknęła się na dwór. Zegar w kuchni, stary i dostojny, wskazywał trzecią.  Dziewczynka pewnym krokiem wstąpiła w chłodną  noc. W pogrążonym we śnie domu nikt nie zauważył jej wyjścia.

Mniej więcej od miesiąca wiadomym było, że kotka Frania jest w ciąży. Jak to najczęściej na wsiach bywa, nikt się tym specjalnie nie przejął. Wiadomo, albo się rozda, albo potopi. Kto by sobie zawracał tym głowę. Przy tej ilości spraw w gospodarstwie, dbanie o koty plasowało się w odległych rejonach zainteresowań, żeby nie powiedzieć wprost – nikogo to nie obchodziło.  Nikogo, poza mieszkającą z rodzicami i starszą siostrą jedenastoletnią dziewczynką.

Była to rodzina jakich wiele. Ciężko pracujący rodzice, dwoje dzieci i masa problemów. Nikt się specjalnie nie interesował czymś więcej ponad swoimi sprawami.  Rodzicom nie w głowie były fanaberie mieszczuchów, jak to określali, o kastracji kotów, o szczepieniach czy badaniach krwi. Wciąż jeszcze w społecznościach wiejskich, ale nie tylko,  panuje przekonanie, że miastowi wydziwiają i powinni zająć się własnymi dziećmi, a jak ich nie mają to najwyższy czas się za nie zabrać, a nie działać wbrew naturze. Kot jest chory? Może zdechnąć? A niech zdycha, przecież będą następne. Czy to naprawdę jest powód do zmartwień i wydawania pieniędzy? Wrażliwość dziewczynki była w opozycji do tego rodzaju myślenia. Kiedyś, dawno usłyszała wypowiedziane przez jedną panią zdanie, które utkwiło jej w pamięci i wokół którego budowała  swój młody światopogląd.  Owa pani, nieświadoma przysłuchującej się, toczonej przez nią rozmowie z przyjaciółką dziewczynce, oznajmiła iż nie tyle nie je mięsa, co nie je niczego, co kiedyś miało nogi. Dysputa z przyjaciółką dotyczyła zamówionego przez nie posiłku. Dziewczynce słowa zapadły w pamięć i powoli acz nieuchronnie dojrzewała do decyzji  by oznajmić rodzicom, że ona też tak chce. Nie będzie jadła mięsa, nie chce widzieć  w formie posiłku na swoim talerzu hodowanych przez rodziców kurczaków. Zdawała sobie sprawę że czeka ją długa i wyboista droga  by ów cel osiągnąć.

Na tę chwilę jednakże, zajęta była czmychnięciem z domu w krzaki za kurnikiem, w których Frania opiekowała się swoimi , już dwumiesięcznymi dziećmi. Trzy kocie kluseczki absorbowały ją do tego stopnia, że zmęczona macierzyństwem kotka nie miała ani chwili na zabawę ze swoją ludzką przyjaciółką. Opiekowała się nimi wzorowo i nie opuszczała swojego legowiska na dłużej niż to było absolutnie konieczne. Zaniepokojona dziewczynka postanowiła sprawdzić co się dzieje. Widoku który ujrzała nie zapomni do końca życia. Do martwej, ewidentnie zagryzionej przez lisa Frani, tuliły się głodne, przerażone i zziębnięte maleństwa. Na wszystkie sposoby próbowały obudzić nieruchomą matkę. Po kotce było widać ślady walki. Jej drobne, zmaltretowane ciałko leżało przed wejściem do kryjówki, a ślady w koło wskazywały, że do ostatniego tchu broniła dostępu do swojego potomstwa. Oddalające się od tego miejsca krople krwi wskazywały, że napastnik  również nie wyszedł z tej potyczki bez szwanku. Dziewczynką wstrząsnął spazm. Połykając łzy, zerwała z siebie kurteczkę, zapakowała w nią płaczące maluchy i co sił w nogach pobiegła do domu. Do tego strasznego miejsca nie chciała wracać już nigdy więcej.  Zdawała sobie sprawę z ryzyka, ale obawa o kociaki była zbyt duża. Z samego rana pobiegła do sypialni rodziców, wyciągnęła z łóżka zaspaną matkę i przedstawiła jej drobny, piszczący z głodu i przerażenia potrójny problem. Matką wstrząsnęło, wysłuchała córki, popatrzyła ze współczuciem na trzy sierotki i obiecała zająć się sprawą. Dziewczynka odetchnęła, pobiegła do kuchni, wyciągnęła z lodówki jakąś wędlinę i wróciła pędem do swojego pokoju w którym w kartonie pod łóżkiem umieściła kocie dzieci.  Głodne maluchy z prędkością światła wciągnęły posiłek i wciąż przerażone ale już nie głodne zasnęły wtulone w siebie.  Dziewczynka przykryła je własnym sweterkiem i udała się na rozmowę z matką. Palącym problemem stał się brak odpowiedniego dla nich pożywienia.

Dzień na wsi rozpoczął się wszechobecnym wzburzeniem. Nie tylko kotka dziewczynki padła ofiarą rudego drapieżnika. Nie było chyba obejścia, które ominęłaby nocna wizyta lisa.  W całym tym zamieszaniu udało się zainstalować maluchy w komórce na podwórku i dziewczynka została obarczona zadaniem, które uważała za samą przyjemność. Miała o kociaki dbać. Karmić, pilnować czystości i uważać, żeby do czasu osiągnięcia przez nie dorosłego wieku, nie dały się nikomu zjeść. Nie była to ciężka praca i szczęśliwe dziecko poświeciło się mu z wyraźnym zapałem. Istnieje teoria, jakoby los nie doświadczał człowieka więcej, niż ten może unieść. Jakiś czas później, zachłanny lis ponownie odwiedził bogatą w kury, a co za tym idzie jajka, wioskę. Szczęśliwie ominął dom dziewczynki, ale spustoszył obejście sąsiadów. Zapłakana sąsiadka przybiegła do dziewczynki po pomoc. Nie od wczoraj wiadomo było, że to dziecko jest jakieś inne, do miasta do szkół pójdzie, na weterynarza może? Wizyta sąsiadki poskutkowała powiększeniem się kociego przedszkola o kolejne dwa osierocone kociaki. Przed dziewczynką postawiono nie lada wyzwanie. O ile dzieci jej Frani były już samodzielne i bez problemu jadły stały pokarm, o tyle nowe maluszki potrzebowały więcej uwagi, a przede wszystkim karmienia ich butelką. Z pomocą matki i znajomego weterynarza udało się utrzymać je przy życiu i w niedługim czasie dom dziewczynki opanowała potężna fala słodyczy i miłości. Cztery kocie dziewczynki i jeden chłopak znaleźli najlepszą pod słońcem zastępczą mamę.

Kilkanaście miesięcy później zapłakana dziewczynka stała nieruchomo przed domem. Bez słowa, z płynącymi po policzkach łzami patrzyła jak pracownicy firmy przeprowadzkowej  wynoszą z domu wielkie, ciężkie pudła. Nie ruszyła się również kiedy jej siostra wsiadała do samochodu. Dopiero energiczne pociągnięcie za rękaw przez matkę uruchomiło jej nogi. Załamana i opuchnięta od płaczu wsiadła do auta i usiadła obok siostry. Samochód ruszył. Dziewczynka wychyliła się przez okno i próbowała dostrzec coś przez załzawione oczy. Wydawało jej się że w jednym z okien dostrzegła siedzącego na parapecie okna kota. Nie miała okazji tego sprawdzić. Do tego domu miała już nigdy nie wrócić.

Pół roku później do cioci Gosi zadzwoniła znajoma Pani z prośbą o pomoc. -Pięć? – zaskoczona Małgosia nie wiedziała przez chwilę co odpowiedzieć. – Aż pięć? – powtórzyła, zawahała się na moment i jak to ma w swoim zwyczaju, zgodziła się. Wszystkie obiekcje zniknęły w momencie pojawienia się tych dzieciaczków. – One mają po dwa lata? – Zaskoczona Małgosia nie wierzyła własnym oczom. -Takie kruszynki, takie drobniutkie maleństwa i dwa lata? – współczucie do tej gromadki szarpnęło jej sercem, ale nie pozwoliła sobie na luksus użalania się. Zgodnie ze swoim zwyczajem miała już umówioną wizytę u weterynarza, a zanim doszła do skutku, zainstalowała maluszki w Kocim Pokoju. – No nic – powiedziała do siebie, nie ma co załamywać rąk. Doprowadzimy Was do porządku i znajdziemy Wam najlepsze domki na świecie, obiecuję – szeptała do dorosłych kotów o posturze dzieci. Wycałowała je, wygłaskała i zostawiła w spokoju, żeby bez stresu mogły zbadać swoje nowe lokum.

-Nareszcie dotarły – westchnął zniecierpliwiony z lekka Los. – W końcu, ileż można było czekać, – dodał, zabrał wielką miskę popcornu i usadowił się wygodnie w fotelu. Nie zamierzał uronić z tej historii ani sekundy.

-Ależ oczywiście że pomogę – zdziwiona ale cierpiąca już na syndrom opuszczonego gniazda odpowiedziała Mame  na pytanie Ewy, czy mogłaby wesprzeć Małgosię i wziąć na wychowanie do Kubusia jednego z gości Kociego Pokoju. Wiedziała jak wygląda sytuacja, wiedziała że walka Gosi o ukochaną kotkę Bajeczkę,  pochłania moc energii i bez wahania zgodziła się na nowego lokatora. Zadzwoniła do Gosi, umówiły się na wieczór i ze zgadzającym się na prawie wszystkie jej szalone pomysły Tate, stanęli z kontenerkiem przed domem Gosi – O Matko Naturo, jaki to czarujący Czaruś – zapiała z zachwytu Mame, kiedy po wejściu do domu Małgosi zobaczyła to czarne cudo. Koci chłopak prezentował się wspaniale. Czarne, błyszczące futro, biały medalion na piersi i oczy w których głębi można by się zatracić. Mame przepadła. Zakochała się w tym skarbie w ułamku sekundy.  Kiedy przyjechali do domu, Czaruś roztoczył w pełni swój czar. Tak bezgraniczne zaufanie do, jakby nie patrzeć obcych ludzi, topiło Mame na skwarek za każdym razem kiedy Czaruś bezceremonialnie pakował się na mymłona i przytulał doń, mrucząc ze szczęścia. Ten kot całym sobą pokazywał, że kocha bezgranicznie i bezwarunkowo. Nie było innej możliwości niż ta, że natychmiast ktoś się w nim zakocha i dostąpi zaszczytu opieki nad nim. Kiedy zgłosiła się Pani Beata, w Mame coś drgnęło. Poczuła że skrzyżowane na chwilę drogi jej i Czarusia, mogą za chwilę podążyć w odmiennych kierunkach. Kiedy Pani Beata przyjechała z wizytą zapoznawczą, Mame była tego pewna. Czaruś znalazł swoją rodzinę. Po kilku dniach rozdygotana z przejęcia i wzruszenia Pani Beata przyjechała po swojego kota i  oznajmiła że nie zmieni mu imienia, Mame bardzo mocno zagryzała zęby, żeby przypadkiem się nie rozpłakać. Nie chciała dodatkowo denerwować i tak już rozemocjonowanej kobiety. Rozryczała się jak bóbr kiedy tylko zamknęła za nimi drzwi.  – Ja się chyba do tego nie nadaję, za dużo mnie to kosztuje- wyła rzewnie w Tatowy rękaw próbując równocześnie wytrzeć czymś, bez powodzenia nos. – Założymy się – mruknął rozkminiający właśnie życiowy problem, czy bardziej mu smakuje słony, czy karmelowy popcorn, Los.  Być może dalsze sprawy potoczyłyby się inaczej, gdyby nie próbujący pocieszyć zasmarkaną małżonkę Tate. – Dobrze kochanie – rzekł poważnie i całkowicie beztrosko. – Teraz przez miesiąc nie bierzemy żadnego kota, uspokoisz się, wszystko wróci do normy, a potem zobaczymy. – Hahahahaha – zaksztusił się ze śmiechu Los. – Teraz w końcu rozumiem dlaczego Mame mówi o swoim szanownym małżonku że jest naiwny – rechotał rozbawiony, gdyż doskonale wiedział za ile dni pojawi się w ich domu kolejny kot zamieszkujący aktualnie Koci Pokój.

– Ale ekstra – ucieszyła się Mame po przeczytaniu informacji, że dwie spośród trzech pozostałych u Małgosi kotek jadą na Śląsk do swoich nowych domów. – Bardzo się cieszę – śpiewała pod nosem do chwili w której uświadomiła sobie że istnieje bezlitosna matematyka, według której po wyjeździe dwóch kotek u Małgosi zostanie jedna. – Cholera,  – zdenerwowała się Mame. – Niech to jasna cholera trafi – mamrotała ponuro, świadoma rozmowy z Tate oraz tego w jakim stanie jest Bajeczka Małgosi. – Cholera jasna i ciężka oraz niech to szlag. Trudno się mówi, miesiąc bez kocich gości zrobimy kiedy indziej – warknęła jeszcze pod nosem i wzięła telefon do ręki. W ten sposób pod skrzydła Kubusia trafiła Apka, siostra Czarusia. Czarno-biała dziewczynka, swoje imię zawdzięczała zapewne charakterystycznej czarnej skarpetce na jednej ze smukłych, białych łapek. Wieczór zapoznawczy był według Mame bardzo obiecujący i intensywny. Późną porą udało się im wszystkim zasnąć.

Noc nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, kiedy Mame przeczytała post Małgosi, od którego włos zjeżył się jej na głowie. Z dwóch wybierających się na Śląsk dziewczynek, jedzie tylko jedna. Powody dla których tak się zdarzyło były nieistotne. Cała akcja z odciążaniem Gosi w coraz to trudniejszym dla niej czasie, wzięły w łeb. Bo jaki sens był w zabraniu Apki, kiedy jej siostra Sisi zostanie teraz sama? W Mame zaczęło coś bulgotać. Doszła do wniosku, że Los dostał chyba zwarcia na synapsach i coś mu się poprzestawiało. Nie tak miało być i już. – Ależ tak, właśnie tak – skomentował Los rzucane przez Mame inwektywy pod swoim adresem. – I nie podskakuj mi tu, bo nie pomogę Ci w znalezieniu domów tym kotom i nie pojedziesz na urlop – pogroził dobrotliwie swojej ulubienicy palcem i udał się do nowych domów Apki i Sisi żeby się upewnić, czy są już gotowe na ich przyjęcie. Podczas krótkich acz szczegółowych badań uznał, ze nie ma im nic do zarzucenia. Są gotowi i już.

Po dość krótkiej i konkretnej rozmowie z Tate, Mame kolejny raz w tym tygodniu złapała telefon i wybrała numer Małgosi.  Po  przyjeździe Sisi Maksio zgłupiał a Kubuś sprawiał wrażenie jakby cofnął się w czasie. Kolejne dwie siostry opanowały dom. Lekką obawą napawał Mame fakt, że dwa tygodnie po przyjeździe dziewczynek mieli jechać na wytęskniony i długo oczekiwany urlop. Urlop tym ważniejszy, że stanowił swoisty prezent urodzinowy dla Mame i mniej więcej od początku roku, nie bacząc na pandemię i inne drobne według niej przeszkody, jęczała do Tate z przerażającą częstotliwością, czy już mogą jechać. Cierpliwy cierpliwością wszystkich świętych Tate odpowiadał zgodnie z prawdą, że w kwietniu. Do Mame nie docierało. Ona chciała już. I kiedy nastał wyczekiwany przez oboje kwiecień, mieli w domu dwa nadprogramowe koty i buntującą się BABCIE,  która głośno i wyraźnie mówiła, że z piątką to ona sobie nie da rady. Zaczęli mieć obawy, czy uda im się wyjechać w terminie. Zależało im bardzo i wyjątkowo zgodnie, acz obojgu z zupełnie innych przyczyn. Mame znosiła jaja zniecierpliwienia, Tate zaczynał zastanawiać się, który nóż będzie najlepszy i czy za zbrodnię w afekcie liczą mniejsze kary. Z oczywistych względów te kotki musiały znaleźć domy przed ich urlopem.

Z niewiadomych dla nikogo powodów Los miał w sobie dużo wyrozumiałości dla Mame i , zdecydowanie z wiadomych względów, ogrom sympatii dla Tate. Postanowił zadziałać.  Domy dla kotek znalazły się niemal równocześnie. Apka zamieszkała z Panią Joanną w Śródmieściu, dzielnicy do której Mame ma wielki sentyment z dwóch powodów. Pierwszym z nich jest mieszkający w tej dzielnicy jej ulubiony wujek, a drugim, iż jest to miejsce z którego pochodzi Maksio.  Uznała zatem, że Apka trafiła doskonale i nie ma się co o nią martwić.  Po kilku dniach do swojego domu trafiła i Sisi. Zadziorna dziewczyna z charakterem znalazła dom wśród artystycznych dusz, posiadających godnego dla niej partnera w postaci zamieszkującego tam od lat ich pierwszego kota oraz wyzwań w postaci sporej ilości schodów. Przejęci Mame i Tate zawieźli ją tam i od pierwszej sekundy było widać, że Sisi trafiła do siebie. Majtnęła im ogonem przed nosami, nie znalazła chwili na pożegnanie i oddaliła się nie bacząc na kwocze serce Mame, która znowu z kolejnym kotem oddała jego kawałek. – Ciekawe dlaczego oddaje się kawałek serca – biadoliła w duchu kiedy po pożegnaniu z nowymi rodzicami Sisi, wracali do domu. – Czy to nie może być kawałek schabu albo opony z brzucha? Kurcze, tyle tego tu mam, mogłabym obdzielić tym wszystkie adopcje ze schroniska i jeszcze by zostało – zmartwiona oglądała z lekka bezmyślnie świat zza szyby samochodu prowadzonego przez Tate. W pewnej chwili coś przykuło jej uwagę. Wśród licznych, leniwie płynących po niebie chmur dostrzegła tworzący się znajomy kształt. – O, nowy kot? – ucieszyła się w duchu i spokojnie zaczęła planować atrakcje jakimi uszczęśliwi Tate podczas zbliżającego się wielkimi krokami urlopu.

Wasz Kubuś

Cdn…

 

 

 

 


Rozmowy z Kotem
  • 153

Dodaj komentarz