Wigilia. Część druga, ostatnia.

Rozmowy z Kotem
  • 71

-Szefie, telefon do Pana – szepnął Jackowi do ucha asystent,  – To już trzeci raz, dzwonią ze szpitala, ponoć to ważne.  – Jeszcze raz przeszkodzisz mi w spotkaniu, a wylecisz na zbity pysk, jasne? – nie zmieniając wyrazu twarzy warknął szeptem Jacek. – Wynoś się stąd i nie waż wracać  – dodał, zwracając się równocześnie do niskiego, korpulentnego jegomościa, prowadzącego spotkanie biznesowe dwóch potężnych, zamierzających połączyć się właśnie spółek. – Oczywiście panie prezesie, zgadzam się w zupełności, że redukcja w zatrudnieniu jest tematem drażliwym , ale nie unikniemy o nim  rozmowy, więc nie widzę powodu, żeby nie można omówić go teraz. Panowie pozwolą…..

Za spoconym ze strachu asystentem cichutko zamknęły się drzwi. Rzucił okiem na salę którą właśnie opuścił, na siedzących tam dyrektorów, prawników i różnej maści asystentów, na dłuższą chwilę zatrzymał wzrok na swoim bezwzględnym szefie, odetchnął głęboko i podszedł do biurka, na którym leżała odłożona słuchawka. – Niestety, szef nie może odebrać telefonu, ani teraz, ani w przyszłości, proszę tu więcej nie dzwonić….

Trzydziestoletni Jacek stracił właśnie humor, który jeszcze przed chwilą miał wyborny. Stary i tłusty śmierdziel prowadzący swoje nudne wywody na środku sali,  praktycznie za darmo oddawał mu swoją firmę, dzięki sprytnemu posunięciu Jacka, który wykorzystał przypadkowo zdobytą informację i bez skrupułów przekształcił w swój zysk. Przejmuje firmę konkurencji, na starym pryku wymusi redukcję zatrudnienia przed podpisaniem umowy i nie będzie miał przez to  na głowie odszkodowań, co w znacznym stopniu ograniczy jego koszty. Oczyma wyobraźni widział już zyski płynące z chwilowego poświęcenia, jakim było uprzejme słuchanie kompletnie niezaznajomionego ze współczesnym biznesem człowieka. Chwila cierpienia miała zostać zrekompensowana wieloletnimi zyskami. Z tej też okazji Jacek zgodził się pocierpieć.

Odbierającej informację od asystenta Jacka pielęgniarce, zrobiło się przykro. Ich ulubiona pacjentka, pani Krysia, dożywała swoich ostatnich chwil w ich szpitalu. Do końca uśmiechnięta i pogodna, do końca pozytywnie nastawiona do życia i ludzi, z właściwym sobie ciepłem wspominała ukochanego wnuka Jacusia i wierzyła, że zdąży się z nim zobaczyć i pożegnać.  Wiedziała że odchodzi i była z tą myślą pogodzona, a w przypływie dobrego humoru dodawała, że najwyższy czas dołączyć do męża, bo przez tyle lat rozłąki  na pewno uzbierał wielką stertę koszul do prasowania  i pewnie dużo czasu upłynie, zanim ona zdąży to wszystko wyprasować. Miała również dla ukochanego Jacusia  prezent i pół żartem, pół serio wspominała, że dopóki nie wręczy go wnukowi, dopóty nie odejdzie z tego padołu.  Wszystkie pielęgniarki uwielbiały panią Krysię i jej opowieści o życiu, o mężu i ukochanych zwierzakach, które już dawno odeszły za Tęczowy Most, kocie Franiu i psie Maniusiu, a także o nieszczęśliwym i zagubionym  małym chłopcu, z którym niespodziewanie połączył ją los.

Stojąca przed drzwiami sali w której leżała pacjentka pielęgniarka, nabrała oddechu, zmusiła się do zmiany wyrazu twarzy na pogodny, złapała za klamkę i weszła do środka. – Pani Krysiu kochana, przykro mi bardzo, ale nie udało mi się porozmawiać z wnukiem, odebrał jego asystent i powiedział, że wnuczek ma ważne spotkanie i teraz nie może odebrać. Oczywiście przekaże, że chciała z nim pani rozmawiać. Jestem pewna, że pan  Jacek zadzwoni najszybciej jak się da – podczas tej przemowy poprawiła poduszkę i kołdrę, uzupełniła stojący na szafce kubeczek na wodę, pogłaskała delikatnie pacjentkę po ręce i rozżalona w pośpiechu wyszła z sali.  – Ufff, – odetchnęła głęboko, opierając się o ścianę przy drzwiach.  – Ile jeszcze będziemy ją oszukiwać, przecież ten jej wnuczek to kawał gnoja, jak można tak potraktować staruszkę, która zaopiekowała się nim kiedy tego potrzebował, tak jej się teraz odwdzięcza? – pomyślała ze złością i udała się do swoich obowiązków.

Pani Krysia nie dała niczego po sobie poznać, ale słowa pielęgniarki wywołały u niej ogromny smutek, do którego zaczął dołączać coraz częściej i żal. Widziała doskonale próby pocieszania przez pielęgniarkę i zdawała sobie sprawę, że Jacek najzwyczajniej w świecie nie chce do niej przyjechać. Z właściwym sobie humorem pomyślała, że w sumie to dobrze, że ich drogi z Jacusiem się rozeszły i nie utrzymują już kontaktów, bo nie daj bóg trafiłaby do szpitala w święta i wszyscy by pomyśleli, że przeszkadzała w domu i rodzina oddała ją na tych kilka dni na przechowanie.Poprawiła się na łóżku, napiła trochę wody i oddała wspomnieniom.

Pod jej okiem Jacuś nabierał odwagi i pewności siebie. Uczyła go jak się zachowywać, jak rozmawiać z innymi ludźmi, jak budować z nimi więzi i relacje. Jacuś był pojętnym uczniem i przez kilka lat widywali się codziennie. Pomógł jej przejść odejście najpierw Maniusia i był ogromnym wsparciem, gdy odchodził i Franio. To dzięki swojej przyszywanej babci Jacuś śpiewająco ukończył szkoły i rozpoczął studia prawnicze. Jego zajęci sobą rodzice nie zwracali na niego uwagi do czasu, kiedy ich pierworodny w wieku dwudziestu trzech lat nie otrzymał spadku po zmarłym niedawno, bezdzietnym bracie dziadka Jacusia. Spadek spowodował ogromne zmiany w ich rodzinie. Nagle okazało się, że mają ukochanego syna, któremu nie poświęcali należytej uwagi, w związku z czym, zalali go, a raczej jego konto miłością nieograniczoną, podchodzącą wręcz pod chorobliwą. Jacuś za poradą pani Krysi odłożył pieniądze na lokatę i miał je ruszyć dopiero wtedy, kiedy ukończy studia. Plany te spaliły na panewce, kiedy chłopak poznał niejaką Żanetę i jej brata. Żanetka, dziewczę ponętne,  hojnie obdarzone przez naturę w atrakcyjne opakowanie, przez lata wyrobiła w sobie i doprowadziła do perfekcji, umiejętność oplatania mężczyzn wokół palca. Jej brat, osiłek w typie kark- cwaniaczka, dawno już zwęszył iż na urodzie siostry może nieźle zarobić i na tym postanowił rozwinąć swój biznes. Krótko mówiąc, Żanetka zarabiała ciałem, a brat Żanetką. Kiedy poznali Jacusia, ten był już szczęśliwym posiadaczem spadkowych pieniędzy. Rozsądnie uznał, że babcia ma rację i część pieniędzy odłożył na lokatę, ale doszedł też do wniosku, że młodość posiada swoje prawa, a Żanetka spodobała mu się od pierwszego spojrzenia i  nie widzi powodu, żeby z owych praw nie skorzystać.  Trwało to do czasu, aż przyłapał Żanetkę na opróżnianiu mu portfela. W Jacusiu obudziły się nowe, nieznane mu dotąd uczucia. W jednej chwili w jego duszy rozsiadły się wygodnie furia i chciwość. Z miłego zagubionego chłopca zamienił się w bezwzględnego, nieszanującego nikogo ani niczego, wyrachowanego czciciela pieniądza. Rzucił studia, wyprowadził od samoniszczących się rodziców i wszedł na swoją nową drogę życiową, której nazwa i cel były bardzo klarowne. Pieniądze. Chcę więcej pieniędzy. Pani Krysia z przerażeniem patrzyła na jego przemianę. Tłumaczyła i prosiła, wyjaśniała i objaśniała, aż w pewnym momencie uznała, że w Jacusiu dokonała się kompletna przemiana i ona już niczego więcej nie wskóra. Stało się to w ich, jak się okazało, ostatnią wspólną Wigilię. Pomni tej pierwszej razem spędzonej, każdą następną spędzali niezwykle uroczyście i z wielką radością. Odbywały się zawsze w ten sam sposób. Wspólnie sprzątali mieszkanie, Jacuś mył dzielnie okna i trzepał dywany, pani Krysia przygotowywała posiłek i po przygotowaniu całego domu, a przed wypatrzeniem pierwszej gwiazdki, ubierali wspólnie choinkę. Podczas drugiej Wigilii, pani Krysia z lekką obawą, wręcz nieśmiało, złożyła chłopcu propozycję. Ten wysłuchał w milczeniu, pokiwał ze wzruszeniem głową i doceniając gest starszej pani  w powadze skinął głową.  Jego zgoda miała dla pani Krysi ogromne znaczenie i uczyniła  tę Wigilę wyjątkową. Obok pięćdziesięciu uzbieranych z mężem bombek, na choince pojawiły się jeszcze dwie. Za ich pierwszy wspólny wigilijny wieczór i ten drugi właśnie. Od tego czasu już co roku pojawiała się na drzewku ich własna bombka.

Ostatnia wspólna Wigilia, o której jeszcze nie wiedzieli że nią będzie, rozpoczęła się jak zwykle z tą różnicą, że Jacek był czymś mocno poirytowany i niezadowolony. Z lekką jakby niechęcią, błądząc myślami zupełnie gdzie indziej, automatycznie poleciał do piwnicy, przyniósł na górę choinkę i już miał zamiar wspólnie z babcią zasiąść do zrobienia ich kolejnej wyjątkowej bombki, kiedy w pewnym przebłysku popatrzył dookoła zupełnie innym, kompletnie obcym wzrokiem. Ujrzał starą biedną kobietę krzątającą się wokół stołu, zobaczył równie stare i zniszczone meble, które lata świetności miały jeszcze przed narodzinami jego rodziców, popatrzył na rachityczną, w połowie wyliniałą miotłę która w tym domu nosiła miano bożonarodzeniowego drzewka, pudło ze starymi, własnoręcznie zrobionymi brzydkimi rupieciami zamiast pięknych, lśniących bombek i coś w nim pękło. Nastąpił moment jego ostatecznej przemiany. -Co ja tu robię? – zniesmaczony szepnął do siebie – To nie jest mój dom, to nie moje życie, przez tyle lat byłem ślepy…

Pani Krysia dojrzała moment zawieszenia chłopca w momencie, kiedy odwracała się do niego z małym pudełeczkiem w którym znajdowały się komponenty do wykonania kolejnej bombki. Zobaczyła jego wzrok i zawahała się.  Oczywiście zauważyła już wcześniej, że z Jackiem coś się dzieje, ale nie poruszała tematu, uznała że jest już dorosły i nie może się wtrącać w jego życie. Stwierdziła, że powie jej, kiedy będzie na to gotowy. Popatrzyli na siebie w tym samym momencie. W oczach Jacka pojawiła się odraza, w oczach pani Krysi zrozumienie i ból. Opuściła bezradnie ręce i zanim z Jacka wydobył się jakikolwiek dźwięk, zrozumiała, że właśnie go straciła.  – Co ja tutaj robię, – powtórzył głośno chłopak. – To nie mój dom, nie jesteś moją prawdziwą babcią, mam Cię dość, nie chcę Cię więcej widzieć, nie będę tu więcej przychodził i nie chcę, żebyś do mnie dzwoniła – niespodziewanie wybuchnął, pobiegł do przedpokoju, porwał z wieszaka kurtkę i wyleciał z mieszkania, żeby już nigdy do niego nie wrócić.

Pani Krysia po pierwszym szoku uznała, że musi być jakaś przyczyna takiego zachowania i odczekawszy kilka dni, postanowiła do niego zadzwonić. Kiedy odebrał telefon i usłyszała w słuchawce jego wściekły głos uznała, że ich drogi się rozeszły. Przepłakała wiele nocy, ale pogodziła się z faktem i dalej wiodła swoje spokojne i skromne życie.  Kiedy po kilku latach niespodziewanie zemdlała w sklepie i trafiła  do szpitala, nie miała złudzeń, iż nadszedł jej czas. Dziękowała losowi że do końca była sprawna i oszczędził jej chorób typowych dla ludzi w jej wieku. Wiedziała że umiera, jej organizm słabł z każdym dniem i jako osoba wierząca, postanowiła pozwolić sobie na pewną zuchwałość i pomodlić się o coś dla siebie. Ten jeden raz, z tych wszystkich, kiedy modliła się zawsze za kogoś. Wiedziała, że to trochę egoistyczne z jej strony, ale ten jeden, jedyny raz uznała że musi. -Proszę Cię Boże, w Twej łaskawości i dobroci, proszę nie zabieraj mnie jeszcze do siebie, chciałabym przed śmiercią zobaczyć się z Jacusiem, chciałabym żeby wiedział, że nie mam do niego żalu, że wybaczyłam, że kocham…. Proszę, zrób to nie dla mnie, zrób dla niego, żeby kiedy dorośnie i zrozumie, nie miał wyrzutów, żeby mógł spokojnie spać, proszę Cię Boże…. Codziennie wieczorem modliła się staruszka i niepojętą dla lekarzy siłą trzymała się życia.

Ten ostatni telefon o który prosiła pielęgniarkę, był w urodziny Jacka. Koniecznie chciała usłyszeć jego głos, jeszcze raz, ostatni.  Po odmówieniu wieczornej modlitwy, kiedy zgaszono już światła na sali i pacjentki szykowały się do snu, usłyszała rozmawiające na korytarzu pielęgniarki. W wieczornej ciszy ich ściszone głosy dotarły do sali przez nie do końca zamknięte drzwi. – Tak, dzwoniłam, ale ten Jacek to jakiś wyjątkowo podły człowiek, ona tyle dla niego zrobiła, tak zawsze ciepło go wspomina, a jego asystent mi powiedział, że szef nie odbierze, że mam więcej nie dzwonić….Biedna kobieta, taka wspaniała, taka dobra….. Poprawiająca sobie kołdrę pani Krysia znieruchomiała. Westchnęła po chwili, kiwnęła głową i szepnęła w mrok – Wybacz mi Jacusiu, ja już dłużej nie mogę. Przepraszam, ale już nie mogę…..Wybaczyłam Ci już dawno temu i mam nadzieję, że Ty też kiedyś sobie wybaczysz. Kocham Cię mój wnusiu….. Położyła wygodnie głowę na poduszce i z uśmiechem osoby, która właśnie zobaczyła kogoś dawno niewidzianego, zasnęła.

Wchodząca rano do sali pielęgniarka, ta sama którą pani Krysia prosiła o telefon do Jacka, ujrzała ulubioną pacjentkę szpitala, jak śpi sobie błogo ze szczęśliwym uśmiechem na twarzy. Przez krótką tylko chwilę pomyślała, że jak na rannego ptaszka którym pani Krysia jest, to dzisiaj zrobiła sobie wolne i zaspała. Doświadczenie i szósty zmysł po sekundzie oznajmiły jej, że starowinka zaspała już na zawsze, a świat właśnie stracił wspaniałego człowieka. Odwróciła się na pięcie i pobiegła do siostry przełożonej omówić z nią jedną kwestię, bo właśnie podjęła ważną decyzję.  Kiedy zakończono wszystkie procedury związane ze śmiercią pacjentki, pielęgniarka zabrała z jej szafeczki niewielkie, podniszczone pudełko i za zgodą oraz aprobatą siostry przełożonej udała się do pewnego nowoczesnego budynku w środku miasta.  Zanim tam dotarła, dokładnie sprawdziła dokąd musi się udać. Po drodze zdążyła się tak mocno nakręcić, że na piętro, na którym mieściła się Jacusiowa firma, wjechała nie spokojna i opanowana pielęgniarka, tylko naładowana wściekłością furia. Po upewnieniu się w którym to gabinecie przebywa Jacuś, nie bacząc na protesty asystenta i sunącego w jej kierunku ochroniarza z impetem otworzyła drzwi, podeszła do zaskoczonego mężczyzny i głosem spokojnym, acz pełnym pogardy odezwała się cicho – To jest prezent dla pana od pani Krysi. Dzwoniła do pana wczoraj żeby złożyć życzenia urodzinowe i pożegnać się. Pani Krysia od tygodnia przebywała w naszym szpitalu i dzisiaj w nocy zmarła. Wszystkiego najlepszego – dodała zimno, położyła pudełko na stole i zostawiając zbaraniałego Jacusia samego, wyszła z gabinetu.

W pierwszej chwili nie zrozumiał ani słowa. W milczeniu odegnał próbującego tłumaczyć się tym nagłym wtargnięciem obcej kobiety asystenta i wzrok jego padł na pozostawione na stole pudełko. Po sekundzie zawahania Jacuś je rozpoznał. Zrobiło się mu słabo. Drżącą ręką przysunął je do siebie i otworzył. Znajdowała się w nim koperta z której po otwarciu wyciągnął jakieś papiery. Skupił się mocno i zdołał zauważyć, że trzyma w ręku akt własności mieszkania pani Krysi z krótką notatką spisaną jej ręką. „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin drogi chłopcze. To dla Ciebie na czarną godzinę, ale mam nadzieję, że ona nigdy  dla Ciebie nie wybije. Kocham Cię mocno, Twoja babcia Krysia” Blady jak ściana Jacek wziął do ręki pudełko, zamknął oczy  i znieruchomiał. Wiedział już co znajduje się w środku i przez bardzo długą chwilę bał się zaglądnąć do środka.  Kiedy odważył się spojrzeć, oczom jego ukazały się nożyczki, kolorowa bibułka, zielona wstążeczka i mała tubka kleju. Wszystko czego potrzeba do wykonania jedynej w swoim rodzaju bombki.  Pudełko wypadło Jackowi z rąk. Oparł się łokciami o stół, ukrył twarz w dłoniach i gorzko zapłakał.

Wasz Kubuś.

 


Rozmowy z Kotem
  • 71

2 Replies to “Wigilia. Część druga, ostatnia.”

Dodaj komentarz