Przemierzający podczas jednej ze swych niezliczonych wędrówek świat, Prakot, natknął się pewnego razu na puszczę. Nie byłaby to pierwsza, ni ostatnia którą zobaczył, ale w tej coś przykuło jego uwagę. Prastary, starszy nawet od niego potężny bór skrywał w sobie jakąś tajemnicę, która wprawiała końcówkę jego ogona w elektryzujący, mimowolny ruch, niczym ruch liści w bezwietrzny dzień. Stare, dostojne dęby, przetykane nie mniej sędziwymi jesionami, wśród których dumnie prężyły się brunatno – szare wiązy, nie ustępujące niczym dwóm pozostałym rodzajom drzew, szumiały cicho acz potężnie o tylko sobie wiadomych sprawach. Zaintrygowały go. Postanowił udać się do Matki Natury i popytać ją o tę puszczę. Czuł, że ma ona związek z czymś ważnym.
– Ach, o tym lesie mówisz – uśmiechnęła się Natura, ujrzawszy w swej kuchni kończącego kolację Prakota. – Cóż mogę Ci rzec – uśmiechnęła się dobrotliwie na widok rozszerzających się z zaciekawienia źrenic swojego niespodziewanego gościa. – Skończ jeść i przyjdź do salonu – dodała. – Salonu? – wyrwało się Prakotu. – Nie możemy porozmawiać tutaj? – tęsknym wzrokiem popatrzył w stronę wiecznie pełnej spiżarni Matki. – Tak, tak, do salonu – odpowiedziała mu, wciąż uśmiechnięta. – Na ten wieczór miałam inne plany, ale niespodziewanie Los też się pojawił – mówiąc to, z każdym słowem oddalała się od wciąż jedzącego gościa. – Poczekamy na Ciebie, skończ jeść – usłyszał i w tym samym momencie zniknęła mu z oczu. – A niech to – wyrwało się Prakotu. – Ta ciekawość kiedyś mnie zgubi – pomyślał i nie dokończywszy posiłku, czym prędzej ruszył za nią. – Zjem później – pocieszył się i po kilku krokach znalazł się w salonie. Wskoczył na swój kartonowy tron, dokonał pospiesznej toalety i był gotów na rozmowę.
– Tę knieję zamieszkują leśne nimfy – wyjaśniła Matka Natura, kiedy tylko ustało podogonne mlaskanie Prakota. – Zrodzone z tego lasu, jego opiekunki i strażniczki. Wieki upłyną, kiedy pojawią się na świecie pierwsi ludzie, a one wciąż będą tam trwać. Czar lasu, energia którą tam odczułeś, a w przyszłości wsparcie ludzi moimi darami, to ich dzieło. Łagodne to istoty, pełne tajemnic, którymi nie chcą się z nikim dzielić. Zrodzone w pełni księżyca, niezależne i samodzielnie. Nie lubią obcych, ale zdobywszy ich zaufanie, zdobędziesz ich serce i przywiązanie. – Intrygujące istoty – mruknął zafascynowany Prakot. – Ciekawym, czy będzie mi dane kiedyś się z nimi zetknąć – mówiąc to, łypnął znacząco na siedzącego w milczeniu, drugiego gościa Natury. – O tak – z przeciągłym uśmiechem na twarzy odezwał się Los. – Spotkacie się kiedyś….
Mijały lata, czas zamieniał je w upływające wieki. Marniała prastara puszcza, kurczyła się, nieubłaganym prawem natury odchodziła w zapomnienie, dając miejsce nowemu. Nowe pojawiło się niespodziewanie, myślałby kto, na chwilę. Zamieszkało jaskinię i patrząc na to, jak panoszy się po świecie, tylko do jaskiń się nadawało. Nie rozumiało świata, w którym przyszło mu żyć. Ale nowe było zaskakująco uparte, świata ciekawe. Uczyło się, zapamiętywało, przekazywało swą wiedzę następnym pokoleniom, które ze względu na spędzony już na ziemi czas, trudno było wciąż nazywać nowym. Nie wiadomo, kto pierwszy nazwał nowe człowiekiem. Wszystkim się ta nazwa spodobała. Przyjęło się. W większości ludzie okazali się istotami pojętnymi. Uczyli się chętnie, poznawali coraz więcej praw Natury, coraz więcej sekretów odkrywali. Wyodrębniły się takie grupy jak druidzi, wieszczki, znachorzy i szeptuchy. Ci spośród ludzi, którzy mieli otwarte głowy i słyszeli mówiący do nich świat. Ich potomkowie do tej pory chodzą po świecie. Jednym z nich jest Grześka.
Leśne nimfy wymierały. Wszechpanoszący się człowiek w brutalny i bezwzględny sposób kradł im puszczę, która we współczesnych czasach skarłowaciała do rozmiarów zwykłego lasu. Tym bardziej cieszyły coraz rzadsze narodziny kolejnej nimfy. Niecodzienne narodziny. Nie było srebrnego blasku księżyca po zaćmieniu słońca, nie było towarzyszącemu zwykle owym narodzinom patosu. Ta nimfa była inna. Wyszła niespodziewanie z porzuconego przez ludzi kartonu, miauknęła żałośnie i zamiast zwyczajowego powitania starszych sióstr, strzeliła na dzień dobry kłaczkiem. – Dzień dobry – odezwała się młoda zawadiacko, acz grzecznie. – Mam na imię Marysia – przedstawiła się, patrząc każdej z sióstr głęboko w oczy swoimi zielonymi patrzałkami, w których dostrzegły moc puszczy z czasów jej największej świetności. Zdezorientowane nimfy popatrzyły niepewnie po sobie. Wiedziały że jest to jedna z nich, co do tego nie było żadnych wątpliwości. Swoja, ale jakby inna. Należała do nich, a równocześnie czuły, że przyjdzie jej żyć w innym świecie. Każdą nimfę kochamy przecież tak samo – uznały w niemym porozumieniu i zabrały nową siostrę do domu. Nie na długo.
Marysię ciągnęło z lasu. Szwędała się leśnymi ścieżkami, na które jej siostry bałyby się nawet spojrzeć, o wchodzeniu nie wspominając. Zaprzyjaźniała ze stworzeniami, których spotkanie, nawet w jasnym lesie, mogło budzić obawy. Marysia od zawsze czuła, że ten las jest dla niej za mały, że gdzieś tam czeka na nią inne życie. Potrzebowała tylko znaleźć kogoś, kto pomoże jej je odnaleźć. Podczas jednej z samotnych wędrówek spotkała na swej drodze Prakota.
– Tak bardzo pragnę zobaczyć świat znajdujący się poza linią lasu! – wyrwało się jej żarliwie, kiedy to opowiedzieli sobie wzajemnie z nowym towarzyszem swoje dzieje. – Chcę poznać, chcę czuć, widzieć, badać – żaliła się Prakotu. Ten słuchał jej w milczeniu, zafascynowany zielonymi iskrami w jej przepięknych oczach. Dostrzegł w nich tę tajemniczą puszczę, którą zobaczył wieki temu. Bijąca od Marysi tęsknota podsunęła mu pewien plan. – Jako kot? – zaskoczona nimfa popatrzyła niepewnie na Prakota. – Taki kot jak Ty? – upewniła się. – Jako kot i tak, taki jak ja – odparł rozbawiony jej zaskoczeniem Prakot. Mam tylko taką władzę nad innymi stworzeniami. Mogę uczynić Cię kotem. W takiej postaci możesz bez strachu wyjść z lasu. – Zgadzam się – rozentuzjazmowana Marysia nie dała mu dokończyć zdania. – Tak, zgadzam się – krzyknęła dla podkreślenia swej decyzji. – Nie usłyszałaś z czym to się wiąże – surowo rzekł Prakot. – W zamian będziesz żyła na łasce ludzi, będziesz od nich zależna. Stracisz też swój głos. Od tej pory będziesz porozumiewać się z nimi miauczeniem, machaniem ogona, strzelaniem łapką i fochem. Jesteś na to gotowa? – nie zmieniając tonu spytał Prakot. – Stracę głos? – szepnęła Marysia – A jak powiem, że jestem głodna, a jak, że coś mnie boli i nimfa lecząca jest potrzebna? – w jej zielonych oczach pojawiły się skąpane deszczem liście. – Nie powiesz – odrzekł Prakot. Będziesz musiała im to pokazać. – Dobrze – odezwała się po chwili namysłu pewnym acz cichym głosem. – Niech tak się stanie. – Tak wybrałaś – rzekł poważnie Prakot. – Niech się stanie.
Snującą się po lesie, jakby w poszukiwaniu potężnych przodkiń Grześkę, doszedł dźwięk. Dość, jak na las, nietypowy. Kocie miauczenie szarpnęło jej duszę, przyspieszyło bicie serca i krok. Po drobnej chwili poszukiwań zobaczyła kota, a raczej coś do kota podobne. Brudne, potargane, z futerkiem upstrzonym patykami i liśćmi. Grześka schyliła się i podniosła kotopodobne stworzenie. Potomkinie ludzkich uzdrowicielek i rodu potężnych nimf popatrzyły sobie w oczy. – Mama – z zachwyconej Marysi wyrwało się słowo, które w uszach Grześki wybrzmiało skrzeczącym miauknięciem. – PannaKota Marysia – szepnęła Grześka. – Od dziś tak będę Cię nazywać- pogłaskała delikatne kocie ciałko i ruszyła w stronę domu. Trzeba to doprowadzić do jakiegoś przyzwoitego kociego stanu, bo w tym, nie można jej ludziom na oczy pokazać.
-O – drgnął Los – o proszę, nareszcie się spotkały – uśmiechnął się do siebie. – Będę je od dziś obserwował. Prakot wykonał dobrą robotę, Marysia jest pięknym kotem – pokiwał głową z uznaniem i odrzuciwszy na bok fajkę, zebrał ze sobą nici Grześki i Marysi. – Od teraz będziecie jednością – orzekł i splótł je grubą nicią. Tutaj zrobimy Wam próbę, – stwierdził i dość gwałtownie odchudził plecioną nić, a tu… Tak. Tutaj… – Nie dokończył. Sięgnął po nożyczki i sprawnym ruchem zaznaczył koniec ich wspólnej drogi. – Będziecie miały dla siebie wiele ludzkich lat – szepnął.
PannaKota Marysia bardzo szybko nauczyła się komunikować Grześce, że coś ją trapi. Przestawała jeść. Równie szybko Grześka nauczyła się te znaki odczytywać. Żyły sobie spokojnie i szczęśliwie, od czasu do czasu trapione typowymi dla ludzko – kociego stada problemami. Doszły do wprawy w czytaniu siebie. Lata mijały, gruba, wiążąca je nic doszła do momentu w którym Los znacząco ją zwęził. PannaKota Marysia przestała jeść. Grześka zareagowała prawidłowo. Wet, badania, leki. Nic nie pomagało, kot bladł, robił się przeźroczysty, ewidentnie żegnał się z tym światem. W ostatnim momencie Grześka dostrzegła plamkę krwi na pościeli. Dopadła Marysi, zaczęła badać lepiej, niż pod mikroskopem. Kotka miała wbity kolec w opuszek łapki… Powróciła do zdrowia, bo nie był to jej czas. Ten przyszedł znacznie później.
-Nie chcę jechać, nie wiem czy powinnam, Maryś znowu nie je, nie wiem co się dzieje – żaliła się pełna obaw do swoich przyjaciółek, opowiadając o chęci wyjazdu na festiwal, a pozostaniem z niedomagającą Marysią w domu. – Dobra, pojadę – podjęła decyzję, po rozważeniu wszystkich za i przeciw. To trochę ponad dwieście kilometrów, zdążę wrócić – przekonywała sama siebie.
Śpiącą Marysię odwiedził Prakot. Przychodził po każdego ze swoich podopiecznych. Marysia zrozumiała, że czas udać się do innego ze światów. – Poczekaj dwa dni – zwróciła się do Prakota. – Pójdę z Tobą bez protestów i bez walki, ale poczekaj. Ja muszę wytrzymać. Ja wytrzymam. Grześka zasługuje na to , żeby się ze mną pożegnać. – Niech tak będzie – odparł Prakot. – Widzimy się we wtorek, tak? – Tak – odparła szczęśliwa, że jeszcze raz przytuli się do swojej Grześki…
Wasza Mame









