Urodziny Tate, część pierwsza. Plan.

Uroczyście, radośnie i z wielką z siebie dumą oświadczam, że wszystkie opisane poniżej wydarzenia zdarzyły się naprawdę, miały miejsce kilka lat temu i tak, jak widać przeżyłam to, a fakt, iż nie miałam w odpowiednim czasie włączonego telefonu i nie nagrałam jednej, niepowtarzalnej sceny, do dziś dnia napawa mnie potężnym obrzydzeniem do własnej głupoty i bezmyślności.

-Matko Naturo, jak ja skapcaniałam, -myślała z rozpaczą Mame, siedząc w ciepły, październikowy dzień na balkonie i popijając czerwone, półwytrawne lekarstwo. – Gdzie moja fantazja, gdzie pomysły szalone, gdzie moja wena? Czy tak właśnie wygląda proza życia? Te wszystkie rachunki, ta powtarzalność, ta rutyna? A co ze spontanicznymi akcjami, typu nocny wyjazd na włóczęgę gdzieś w diabły, albo pogaduchy z przyjaciółmi do rana, po których czasu wystarczyło na  szybki prysznic i bieg do pracy, żeby się nie spóźnić? To się nie godzi, tak nie da się funkcjonować, muszę coś z tym zrobić – wypiła do końca lekarstwo, machinalnie pogłaskała siedzącą jej na kolanach Psotkę i przełożywszy ją na stojące obok krzesełko, wstała, zabrała pustą butelkę i udała się do kuchni po drugą. – Nic tak nie podnosi walorów umysłowych, jak właściwe aplikowanie medykamentów, zgadzasz się ze mną Psotuniu?  – dodała i nie czekając na odpowiedź wyszła z balkonu. Czytaj dalej Urodziny Tate, część pierwsza. Plan.

Mame Zdobywca – część druga, ostatnia

Nieświadoma reakcji ponurego sprzedawcy Mame, jechała w stronę Chojnika, gnana chęcią przeżycia przygody i lekkim już zniecierpliwieniem.  To miał być przecież główny cel jej wyprawy i zamierzała go w końcu osiągnąć. Przejechawszy niecałe dwadzieścia kilometrów, stanęła w końcu na parkingu przy, jakże nieoczywistej  ul. Zamkowej, zmieniła buty do samochodu na buty do wędrówek, założyła ciepłą bluzę, wzięła swój ukochany aparat i udała się w kierunku kolejnej już w dzisiejszym dniu, budki biletowej. Czytaj dalej Mame Zdobywca – część druga, ostatnia

Mame Zdobywca

Jadący w miarę przepisowo trasą Szklarska Poręba – Jelenia Góra  samochód, wykonał nagle bardzo dziwny i niezbyt bezpieczny manewr. Niespodziewanie dla innych uczestników ruchu przyspieszył, włączył lewy kierunkowskaz,  z piskiem opon zaczął skręcać niczym maluch na ręcznym i wjechał w niewidoczną leśną ścieżkę. Zaświeciły się światła cofania, zachrzęściły koła na żwirowym podłożu, zaświecił się, tym razem, prawy kierunkowskaz, samochód włączył się energicznie do ruchu jak gdyby nigdy nic i w ten sam sposób, w miarę przepisowo, podążył w kierunku z którego właśnie nadjechał. Oniemiali, na szczęście nieliczni obecni podczas tego manewru kierowcy, zobaczyli za kierownicą kobietę w średnim wieku, zarzucającą właśnie grzywką niczym lew po wyjściu od fryzjera. W jej wzroku widać było mocne postanowienie nie przyznawania się do jakiegokolwiek wspólnoty z zaistniałym właśnie wydarzeniem. Dojeżdżający do owego miejsca inni kierowcy zobaczyli dokładnie to samo, co przez ostatnie kilometry swojej trasy. Piękną okolicę, malownicze zakręty, niewielki ruch i jadący w miarę przepisowo w kierunku Szklarskiej samochód.

Czytaj dalej Mame Zdobywca

Mame podróżnik

Droga do ku przygodzie wiodła bardzo malowniczą trasą. Wszędzie pojawiały się przykuwające uwagę górki, pagórki i wzniesienia, wymagające natychmiastowego zatrzymania się i zrobienia zdjęcia. Zwykle, kiedy Mame poczuje natchnienie, wsiadają z Tate do auta i jadą gdzieś. Dla Mame jest to bardzo precyzyjne określenie, jednakże metodycznego i uporządkowanego Tate doprowadza ono do szału. -Gdzieś, czyli gdzie? – piekli się zazwyczaj w takiej chwili, – Czy mogłabyś określić to bardziej konkretnie? – Gdzieś w diabły, tam, gdzie nas jeszcze nie było, gdzieś, gdzie są ładne widoki, żebym mogła robić zdjecia – odpowiada najczęściej Mame, dla której wraz z udzieloną w ten sposób odpowiedzią, temat celu podróży uważa za wyczerpany. – Nie wiesz dokąd, to kombinuj- dodaje złośliwie po krótkiej chwili milczenia. Czytaj dalej Mame podróżnik

Chojnik

Nie, nie, nie-myślała rozpaczliwie Mame, patrząc na zmieniającego opatrunek na nodze Tate. -Ja tego dłużej nie wytrzymam, nie mogę patrzeć na to, co ten paranoiczny hipochondryk robi.  Przez ostatnie dwa dni, ze względu na jego nogę, siedzieli tatowym rodzicom na głowie i doprowadzali nogę do stanu używalności. Ci ostatni nie mieli nic przeciwko, babcia miała dla kogo gotować i piec różne pyszne ciasta, a dziadek zyskał profesjonalną i fachową pomoc w nauce dopiero co odkrytego internetu. Czytaj dalej Chojnik

Grzyby, część czwarta, ostatnia.

-Jasna dupa zielonego jeża, co za piekielna skleroza, kiedyś głowy zapomnę – myślała ponuro Mame, kiedy po dziesięciu minutach spotkała na swojej drodze drzewo, które absolutnie, ale to bez dyskusji musiała sfotografować i w tym właśnie momencie odkryła, że zapomniała aparatu. -To wszystko przez niego, buntować mu się zachciało, też se porę znalazł, -mamrotała gniewnie myśląc o Tate, zawracając w miejscu i gnana troską o swoją ukochaną zabawkę, leciała do grzybodajnego raju w którym na pieńku spoczywał był samotnie aparat.  – Buntować się też trzeba umieć, -nakręcała się coraz bardziej głodna i zasapana. – Jakby w domu, przy czymś dobrym do jedzenia i ciepłej herbatce wyłuszczył, o co mu chodzi, to może byłabym skłonna go wysłuchać. – Ha, ha , -roześmiała się do siebie w przypływie szczerości, -Usłyszeć, to nawet bym i usłyszała , co też ciekawego ma do powiedzenia, prze tyle lat to nawet się chłopak wyrobił, coraz fajniejsze awantury mogę mu robić, ale żeby od razu posłuchać? Nie, zdecydowanie nie, -uśmiechnęła się pod nosem na myśl o wijącym się jak boa w kisielu Tate, który z uporem godnym lepszej sprawy przedstawia swoje rzeczowe argumenty i nawet ładnie je uzasadnia, więc  miło się go słucha. Ale posłuchać? Nie, zdecydowanie nie! – Rozbawiona wizją Tate w ciele boa w wiśniowym albo cytrynowym  kisielu, nie wiedząc kiedy dotarła do pieńka, z ulgą odkryła że pozostawiony samemu sobie aparat leży tam, gdzie go zostawiła, a nawet tęskni za nią, podniosła go, troskliwie wytarła z leśnych paprochów i odetchnąwszy głęboko doszła do wniosku, że czas najwyższy powiedzieć Tate, co sądzi o jego z góry skazanych na niepowodzenie próbach udowodnienia swoich racji, które powodują, tak jak w tej właśnie chwili jej dyskomfort.  Głodna i zniecierpliwiona po raz drugi ruszyła wytyczoną jej przez opatrzność drogą. Czytaj dalej Grzyby, część czwarta, ostatnia.

Grzyby – część trzecia

Lekceważąco porzucony Tate stał przez chwilę w milczeniu i bezruchu. Do głowy cisnęły się mu różne niecenzuralne słowa i zaczęła ogarniać beznadzieja. -Co za niereformowalna cholera, – myślał ponuro, -Co za gangrena uparta, osioł jest bardziej ugodowy, z terrorystą nawet da się negocjować, a tak dobrze mi szło, już myślałem, że znalazłem na nią sposób, to nie, znowu postawiła na swoim, dobrze, że nie jest politykiem, dyktatura pewna, niech to szlag…..W połowie tych rozmyślań wpadły mu do głowy, wielokrotnie powtarzane przez dobrowolnie poślubioną cholerę słowa o wznoszonych w dzieciństwie modłach o dobrego współmałżonka. – Tak, jasne – pomyślał z rozgoryczeniem Tate, którego po chwili odblokowało i ruszył właśnie po beztrosko porzuconą przez Mame torbę od aparatu,  – jasne, -dodał – znowu to wszystko tak obróci, że wyjdzie na to, że to moja wina, niech to szlag….. Czytaj dalej Grzyby – część trzecia

Grzyby, część druga

W okolicy Ząbkowic Śląskich Mame z impetem wjechała w leśną dróżkę celem skorzystania z toalety. Tyle razy przerabiali już temat siusiania na stacjach benzynowych, że Tate nie zdziwił ten nagły manewr. Mame nie znosi publicznych toalet, według niej w promieniu stu metrów od nich widać unoszące się złowrogo zarazki i bakterie. Mame lubi łono natury i żadne zjawiska pogodowe typu deszcz, śnieg czy inna ulewa jej nie zrażają. Po załatwieniu czynności intymnej, sięgnęła do leżącego w bagażniku plecaczka w którym miała przygotowaną wodę. Wydalony płyn należało uzupełnić. – Chcesz? – spytała wciąż siedzącego w samochodzie Tate. – Chcesz pić, czy możemy jechać dalej? – Nie, -odpowiedział  po krótkim namyśle. – Pojedziemy do rodziców, to napiję się kawy, a teraz zamykaj ten bagażnik bo zimno. Czytaj dalej Grzyby, część druga

Grzyby, część pierwsza.

-Kochanie, co Ty robisz? – spytał z lekka zaniepokojony Tate, kiedy po wejściu do pokoju zobaczył Mame, która z rumieńcem na twarzy i nieobecnym wzrokiem rozłożona na podłodze spoglądała równocześnie na tablet, mapę i małą książeczkę. – Badam, -mruknęła w odpowiedzi, nie patrząc na niego i nie przerywając porównywania mapy z tabletem. – Wiesz, – dodała, przeciągając słowa w charakterystyczny dla zajętego czymś innym człowieka sposób. -Wiesz, te mapy Googla są całkiem niezłe, nawet ładnie pokazują i są prawie aktualne, a na pewno bardziej niż atlas. – A co Ci pokazują? – wycofanie niepewnym głosem spytał Tate, który dowiedział się właśnie, iż jego wyjątkowo temperamentna druga połowa posiada już jakiś plan i niewątpliwie Tate stanowi jego nieodłączną część. – Pokazują, – wyszczerzyła się Mame podnosząc głowę z nad atlasu. – Pokazują, dokąd jutro mnie zabierasz i jaki  masz plan na to, żeby zapewnić mi rozrywkę na niedzielę i żebym się nie nudziła, – stwierdziła radośnie, nie bacząc na to, iż biednemu Tate włos się na głowie zjeżył. – No, to idź spać, bo rano wcześnie wstajemy, nie będziemy marnować czasu, – powiedziała wstając z podłogi. – No co tu jeszcze robisz, jazda do wanny, późno się robi, no ruszże się wreszcie, dziwić możesz się w biegu, – pogoniła go zniecierpliwiona. – A dowiem się chociaż dokąd Cię zabieram, – z rezygnacją spytał Tate kierując się w stronę łazienki. Głupio by było, gdybym nie znał własnego planu, – popatrzył beznadziejnie na żonę. – No jak to gdzie? – zdziwiła się Mame. Jesień mamy, zabierasz mnie na grzyby – zaświergotała radośnie z wyrazem twarzy mówiącym, iż ona już na tych grzybach jest, a nawet wróciła i właśnie je suszy.  – Idziesz do tej wanny, czy nie ? – sapnęła w jego stronę.  – Skowronkiem nie jesteś, no włączże jakąś energię w te kończyny, bo stoisz jak ten słup.  – Co się tak dziwisz, skojarz fakty – jesień mamy, słońce świeci, deszczyk pada, grzyby rosną – rozzłoszczona wydała dyspozycję i nie patrząc już na załamanego Tate wyszła z pokoju.

Czytaj dalej Grzyby, część pierwsza.

Powrót

-Tate,- usłyszałem głos wypakowującej zmywarkę Mame, -Tate, odsapniemy chwilkę po obiedzie i trzeba zacząć się pakować, jutro rano to ja chcę mieć wszystko gotowe, a nie latać jak kot z pęcherzem i szukać naszych rzeczy. Czas wracać do domu, koniec tego byczenia się w raju, praca czeka – mówiła Mame do robiącego popołudniową kawę Tate. – Ja nie wiem jak to jest, ale w tę stronę to ja nas jakoś zapakowałam, ale z powrotem, to chyba pożyczymy torbę od Doroty, bo za diabła się nie zmieścimy, a nie wiedzieć czemu nie udało mi się Ciebie zrujnować i wcale dużo nie kupiłam, więc to chyba ta sławetna niemiecka chemia, tylko dlaczego w naszym przypadku, poza wypraniem rozszerzyła też wszystkie ciuchy? – zastanawiała się głośno, krojąc równocześnie zrobiony rano placek ze śliwkami. Czytaj dalej Powrót