Wielbicielki Kubusia. Część pierwsza.

Uroczyście oświadczam co następuje:

-nie biorę żadnej odpowiedzialności za opowieści Kubusia
-nie umiem rozmawiać po kociemu, więc skąd mogłabym wiedzieć o czym on mówi
-jestem nieśmiałą introwertyczką i w życiu nie zaprosiłabym do domu na noc nieznanych mi ludzi
-nie mam komputera, laptopa ani internetu a pisać umiem tylko gęsim piórem
-przypominam że Kubuś ma dziurę w głowie i to o czym opowiada to efekt zbyt dużej dawki świeżego powietrza, które w związku z dziurą wietrzy mu w łepetynce

Mame

Wysiadająca pół godziny później niż Aleksandra z pociągu z Katowic Sylwia, rozejrzała się po wrocławskim dworcu z rozrzewnieniem. Kochała to miasto, tak inne od rodzinnych Katowic. Za jego kolory, za atmosferę, otwartość mieszkających w nim ludzi i za krasnale. Uśmiechnęła się lekko pod nosem. Tak właśnie, za krasnale.  Energicznym krokiem podeszła do znajdującej się na peronie trzecim ławeczki, zadumany z lekka wzrok rzuciła na znajdującą się na nim tablicę upamiętniającą tragiczną śmierć jednej z ikon polskiego kina, Zbyszka Cybulskiego, który pewnego mroźnego styczniowego dnia z tego właśnie peronu wyruszył w swoją ostatnią podróż, usiadła na ławeczce, zarzuciła elegancko  nogę na nogę, nie bacząc na zakazy przeciągłym ruchem wyciągnęła z torebki papierosa, z lubością go odpaliła i zaciągając się  powoli wzięła do ręki telefon. Miała całe pół godziny na załatwienie ważnych spraw.

Czytaj dalej Wielbicielki Kubusia. Część pierwsza.

Aleksandra. Część druga, ostatnia.

Każdy, nawet najbardziej ekscytujący weekend ma swój koniec. Nie inaczej też było też z tym, wysoce rozrywkowym i emocjonującym. – W sumie szkoda, myślała Aleksandra pakująca bagaże swoje i księciunia do bagażnika jego auta. – Tak właściwie to przydały by się jeszcze ze dwa dni – westchnęła i wśród licznych okrzyków pożegnania wydobywających się z ust pozostawianego na idyllicznej wsi grona przyjaciół, wsiadła z księciuniem do auta i ruszyła w drogę do domu.

Czytaj dalej Aleksandra. Część druga, ostatnia.

Aleksandra. Część pierwsza.

Bawiąca się pysznie ze swoim ulubionym księciuniem podczas weekendu  u przyjaciół na wsi  Aleksandra, usłyszała nagle dźwięk nadchodzącej wiadomości z Messengera. Przeprosiła siedzące na tarasie wśród drzew, piwa i grillowanych kiełbasek towarzystwo, rozbawiona niebotycznie usłyszanym  przed chwilą dowcipem, zręcznie i z wprawą opowiedzianym przez Mariusza,  osobistego przedstawiciela wyższych sfer,  wzięła telefon do ręki, rzuciła okiem na otrzymaną wiadomość, machinalnie na nią odpowiedziała i wróciła do rozbawionego towarzystwa. Oświecenie przyszło po kilku sekundach.

Czytaj dalej Aleksandra. Część pierwsza.

Aquapark. Część druga, ostatnia.

-Jasna dupa zielonego jeża i wszyscy koci święci! – pomyślała spanikowana Mame, mknąca rurą  ruchem nieskoordynowanie obrotowym  niczym Pendolino z Kasprowego po  śliskich szynach. – Niech to szlag nagły trafi i zakończy moje katusze! – W panice przypomniała sobie z lekcji fizyki coś o masach i prędkościach. -Jak to szło? – zastanowiła się nagle – Masa plus prędkość równa się coś tam….Nie wiem co się w tej fizyce równa, w rzeczywistości masa plus prędkość i jeszcze dla rozrywki woda, bo co ma być za łatwo , równa się samobójstwo! Utopię go, jak tyko bezpiecznie znajdę się na dole, utopię go za to mendzenie i namawianie mnie do złego i nie będzie mnie więcej narażał na utratę zdrowia, życia i paznokci! – wzburzona i przestraszona Mame desperacko próbowała zatrzymać się w cholernie mokrym rurosie, w którym ostatnią przewidzianą przez pomysłodawcę tegoż, było zatrzymanie się w trakcie spływu.  -Ja chcę do domu, niech mnie ktoś stąd zabierze, czy jest tu jakieś wyjście awaryjne? Mogą być nawet te cholerne schody, nawet rura strażacka w ostateczności, zjadę raz a dobrze, a nie będę kręcić się niczym żółtko we władaniu wściekłego miksera! Gdzie tu są jakieś hamulce?! – Przelatujące przez maminą głowę myśli szły w parze z desperacko rozcapierzonymi kończynami, próbującymi na wyraźne żądanie wyhamować, oprzytomnieć i znaleźć inny sposób na pluśnięcie do znajdującego się na końcu rurosa, zbawiennego, bezpiecznego baseniku. – No zatrzymaj się w końcu – zrozpaczona Mame ryknęła szeptem do siebie, z wymuszenie leżącej pozycji udało się jej przejść do siadu i w niewiadomy sobie sposób, wbrew rżącemu ze śmiechu Losowi, który wraz z BABCIE płakał na dole ze śmiechu, gdzieś w połowie rury, zbolała, przybita i nieszczęśliwa  Mame zatrzymała się.

Czytaj dalej Aquapark. Część druga, ostatnia.

Aquapark.

-Szur, szur, szur, -rozległo się w przedpokoju. -szur, szur, szur – słychać było w całym mieszkaniu regularne i intensywne drapanie. – Które to?, – zastanowiło siedzącą na kanapie i dziergającą coś na szydełku Mame. Wychyliła się zza  stołu żeby lepiej widzieć. – Szur, szur, szur – drapał zapamiętale któryś kot , a niepokojący zgrzyt jego pazurów o kafle w przedpokoju zmusił Mame do wstania z kanapy i zbadania, dlaczego któreś z nas postanowiło dodrapać się do mieszkającego pod nami sąsiada.

Czytaj dalej Aquapark.

Jasio. Część druga – ostatnia.

Barbarę zamurowało. Tyle starań, tyle nadziei pokładanych w tym dziecku poszło na marne. Miał być godnym następcą Andrzejka, przedłużeniem rodu, ukochanym wnukiem, który przejąłby z rąk babci rodzinne interesy. Reakcja syna je nie zaskoczyła. Dawno, tak dawno temu, że wymazała to wspomnienie z pamięci, identycznie zareagował jej ojciec, na widok nowo narodzonego maleńkiego brata Barbary.

Czytaj dalej Jasio. Część druga – ostatnia.

Jasio. Część pierwsza.

-Mam syna, mam  syna! – darł się nieprzytomny ze szczęścia Andrzej Kowalczykowski, miejscowy wierchuszka. Pędził szpitalnym korytarzem ściskając każdą napotkaną osobę. – Mam syna, mam syna, – niosło się wśród korytarzy, zakamarków i sal z kobietami oczekującymi na własne rozwiązanie, jak i szczęśliwymi, zmęczonymi porodem młodymi matkami, które prezentowały sobą wyjątkowo sprzeczne doznania.

Czytaj dalej Jasio. Część pierwsza.

Perełka. Część druga, ostatnia.

Serce Jadzi pękło, rozpadło się na miliony kawałków i po trwającej chwilę wieczności, zebrało wszystkie rozrzucone rozpaczą kawałki, by scalić je ze sobą i zamienić w bryłę. Utrata najukochańszej Laleczki, jej maleńkich dzieci i świadomość czynu męża potwora, to było dla tej nieszczęsnej kobiety za dużo. Tylko fakt, że ma dzieci i wnuki i liczy, że kiedyś je zobaczy, oraz cudem ocalałe kociątko Laluni, przepiękna Perełka powodowały, że skamieniałe serce Jadzi, gdzieś bardzo, bardzo głęboko wciąż biło, wciąż tliło się nadzieją na lepszy los. Od momentu oddania Zosi Nowakowej  Perełki, Jadzia stała się innym człowiekiem. Wróciła na swoje podwórko, złapała opartą o drzwi komórki szuflę i z zaciętym wyrazem twarzy weszła do domu.

Czytaj dalej Perełka. Część druga, ostatnia.

Perełka. Część pierwsza.

-Czego ta pokraka taka gruba? – spytał podejrzliwie Lech swojej krzątającej się w ciszy po kuchni, żony – Myszy nie łowi, żre tylko i śpi, co z niej za pożytek? – gderał dalej niezadowolony, patrząc jak zmęczona, ociężała , na kilka dni przed porodem kotka próbuje wskoczyć na stojący przy piecu stołek. – Pogonię darmozjada i tyle będą ją widzieli – warknął zeźlony i wyładowując swą złość na niewinnym zwierzęciu, rzucił w nią dla zabawy kapciem i głośno rechocząc na widok panicznie uciekającego kota zwrócił się do żony – Ty będziesz następna. Miałaś przyprowadzić do domu kota, który łapie myszy, a nie wyżera mięso na mój obiad. – Zabieraj się za tą pokraką i niech Cię dzisiaj nie widzę! – ryknął wściekle i dla odmiany rzucił w żonę leżącą na stole łyżką. – Ile mam jeszcze czekać? Co robisz cały dzień, że gospodarz po powrocie z pola nie ma gotowego obiadu? – darł się za chowającą się w łazience przed gniewem męża , kobietą. Wezmę się za was, jak tylko pole obrobię, będziecie chodzić jak w zegarku, darmozjady jedne – ryczał wściekle, nie bacząc na fakt, iż w kuchni nikogo już nie ma. – Gdzie moje piwo?- rozdarł się na pół wsi i nie uzyskując od nikogo odpowiedzi, ruszył do sieni, potrącając stojące mu na drodze krzesła.

Czytaj dalej Perełka. Część pierwsza.

Biszkopt z Karmelem. Część czwarta – ostatnia

Franek Zięba od urodzenia wydawał się być rodzinie ciut dziwny. Wychowany w rybackiej rodzinie, szykowany był na naturalnego następcę swojego ojca, Bogdana, z dziada pradziada rybaka. Bogdan po narodzinach pierworodnego wyprawił na całą miejscowość huczne chrzciny, po czym z zapałem oznajmił wszem i wobec, że oto nastało nowe pokolenie rybaków i z tym  młodzianem rzemiosło przodków nie zaginie. Młodzian w wieku trzech miesięcy w nosie miał ryby, przodków, rzemiosło i własny los. Młodzian darł się przeraźliwie gdyż domagał się matczynego cyca i zmiany pieluchy. Nie wiedział sam, co było ważniejsze, więc darł się podwójnie głośno.

Czytaj dalej Biszkopt z Karmelem. Część czwarta – ostatnia