2021. Bola i Lola.

Rozmowy z Kotem
  • 205

Księga przeznaczenia drgnęła, zaszeleściły porysowane nagłym i nieoczekiwanym draśnięciem kartki. Zaskakująca, niespodziewana i co gorsza nieautoryzowana zmiana zapisu spowodowała uruchomienie sygnałów ostrzegawczych. Księgą wstrząsnęła seria drgań, obwoluta zaczęła świecić pulsującym czerwonym światłem. Po chwili dołączył do niej irytujący wibrujący dźwięk. Alarm!

Znajdujący się aktualnie w górach Szkocji z wizytą u starego przyjaciela Los, poczuł w duszy wydawane przez księgę sygnały alarmowe. Westchnął lekko, pomyślał z przygnębieniem o niekończącej się robocie przez którą nie może odwiedzać swoich ulubieńców tak długo jakby chciał, pożegnał się serdecznie z Seanem i odleciał do domu. Sir Sean,który  po krótkiej acz sentymentalnej podróży do rodzinnej Szkocji stwierdził, że nawet po śmierci woli słoneczne wybrzeże Francji, rzuciwszy raz jeszcze okiem na Edynburg i odleciał w stronę Nicei. Postanowił pofruwać nad swoją letnią posiadłością, a wieczorem udać się z wizytą do księżnej Grace. Wszak Monaco niedaleko. Szkockiej z Losem napije się później.

Znajdujący się już w gabinecie Los, wyłączył właśnie wszystkie alarmy. W posiadłości zapadła cisza. Wziął do ręki księgę, otworzył ją na nieautoryzowanym zapisie i westchnął. Oczywiście, Mame. Gdyby nie fakt że jest już nieśmiertelny i zejście z tego świata mu nie grozi, oskarżyłby ją o przyczynienie się do powstania wrzodów. -Jaki Czaruś? – mruknął pod nosem. – Dlaczego Czaruś? – zastanowił się, zmieniając w trakcie zapis na prawidłowy. Przecież teraz miały trafić do niej siostry, a nie chłopak. Wszystko w swoim czasie  stwierdził,  nie wyprzedzajmy faktów.

Zmiana w księdze dokonała się po rozmowie Mame z Ewą. Szczęśliwa adopcja Witusi zwolniła miejsce i Ewa dzwoniła z zapytaniem, czy wezmą z Tate pod swój dach dwie panienki. Ich, łagodnie mówiąc niefrasobliwa opiekunka nie potrafiła zapewnić im odpowiednich warunków mieszkaniowo bytowych.  Ośmiomiesięczne kotki, chude, niewykastrowane, karmione nieregularnie podłej jakości karmą wymieszaną z ryżem, potrzebowały zostać pilnie zabrane od nieodpowiedzialnej kobiety. Pełna obaw co do ilości kotów w bądź co bądź ograniczonej do 60 m2 przestrzeni mieszkalnej Mame , zgodziła się  jednak na przyjazd dziewczynek i pewnego wieczoru dotychczasowa opiekunka przywiozła koteczki. O tym jak przebiegała wizyta i jakie wrażenie owa pani zrobiła na Mame lepiej nie wspominać. Dość, że pełna podziwu dla swojego profesjonalizmu powiedziała później do Tate, iż fakt że nie wyrzuciła jej z domu uważa za sukces.  Rozpoczęło się wspólne obwąchiwanie i sprawdzanie z kim obie strony będą miały do czynienia. Początki były niepewne. Jak domownicy zareagują na dwa nowe futra,  jak siostry dopasują się do, jakby nie patrzeć zżytego ze sobą stada? Pierwsze problemy pojawiły się z jedzeniem. Nie przyzwyczajone do regularnych posiłków, nie wiedziały co oznacza wołanie przez Mame całej czeredy i ich pęd do kuchni. Omijały miski szerokim łukiem. Trzeba było dwóch dni, żeby mądre panny zaskoczyły że kiedy jest ten charakterystyczny okrzyk, kot leci, kot nie pyta. Trzeciego dnia uradowana Mame ze łzami szczęścia w oczach uznała, że wykluły się z nich jamochłony. Jeden powód do zmartwień mniej. Bola od początku pokazała swoje wysokogórskie ciągoty. Szafki w kuchni przeżywały renesans, kotka rozwijała zdolności wspinaczkowe, Mame rwała włosy z głowy, a Tate chodził niewyspany. Na każdy niepokojący nocny dźwięk Mame otwierała szeroko oczy, uruchamiała słuch nietoperza i prowadziła nasłuch. Nie byłoby w tym nic niepokojącego i Tate, który sen ma raczej twardy przesypiałby normalnie noce, gdyby nie kuksańce, którymi raczyła go małżonka, dodając do tego dyspozycje słowne – Tate – szeptała konspiracyjnym szeptem żeby nie obudzić śpiącej na poduszce Kawy. – Tate, weź się obudź, no wstań, rusz się w końcu, coś się w kuchni dzieje – trącała go co rusz łokciem w to samo miejsce. Tate przez sen czuł, że coś go drażni. Nauczony latami doświadczeń w obsłudze małżonki i znający na wylot jej różnego rodzaju obsesje i niepokoje, uruchamiał w niewielkim stopniu, tak żeby go zrozumiała, organ mowy i mamrotał uspokajająco – to tylko kot, nie bój się, to nie bandyci, to tylko kot – łagodził i w złudnym przekonaniu że jej to wystarczy, próbował spać dalej. – To że kot to ja wiem – gderała niezadowolona z odpowiedzi Mame. – Ale może ruszysz się i sprawdzisz który i co tam robi, bo może coś zrzucił?  – kolejną, mocniejszą już sójką w bok brutalnie przerywała mu próbę przejścia z czwartej fazy snu NREM, do ciekawszej ,bo skutkującej sennymi obrazami fazy REM. – Dlaczego ja? – zadawał zgubne pytanie Tate i półprzytomny gryzł się w język. – Bo masz bliżej i już nie śpisz – odparowywała zirytowana Mame, która de facto zajmowała bliższą drzwi część łóżka. – Idź, sprawdź, zbadaj i możesz spać dalej, a nie wykłócasz się. Dawno byś już wrócił i ja bym wiedziała co się dzieje – kolejnym trąceniem łokcia wyrzucała go w końcu z łóżka.  Nic już nie mówiąc, wstawał, szedł do kuchni, oglądał smacznie śpiącą na szafce Bolę i zawiadamiał swojego osobistego herszta , że kuchnia jest cała, kot śpi i tak, na pewno drzwi wejściowe są zamknięte i nikt się nie włamie. Być może złodzieje szóstym zmysłem wyczuwają, że za tymi drzwiami czekają na nich blond kłopoty i omijają ich szerokim łukiem i na palcach. Niestety dla siebie, postanawiał po drodze z kuchni wstąpić do toalety. Upewniona co do nietkniętej przez niszczycielską siłę kuchnię, Mame w tym czasie zasypiała ponownie i powracający z toalety Tate witany był kolejną porcją małżeńskich czułości – Gdzie Ty znowu łazisz po nocach, czy ja naprawdę nie mogę spokojnie przespać całej nocy, tylko musisz mnie budzić? A jak już musisz, to, jaskiniowcu jeden, ruszaj się ciszej – niewyraźnie już i właściwie półgębkiem raczyła go żona. Tate, oddychał głęboko acz w milczeniu, brał porzucony gdzieś na podłodze ulubiony kocyk Mame, przykrywał jej plecki żeby się piekielna baba  nie obudziła z zimna i nie ukradła mu brutalnie jego kołdry i najciszej jak umiał, wślizgiwał się do łóżka. Kolejne noce przebiegały w podobnej atmosferze. Czasami Mame wprowadzała urozmaicenie i gubiła jeden ze swoich trzech jaśków. Wtedy również najciszej jak się dało, ruchami zdolnymi zawstydzić letni zefirek podnosił jaśka, nieruchomiał przez chwilę patrząc na śpiące ukochane zło i walcząc z pokusą, odkładał jasiek na miejsce. Kocha ją przecież wielce, a że czasem zastanawiał się za co, to już kładł na karb zmęczenia i dopadających od czasu do czasu każdego człowieka wątpliwości. Kochała koty, a koty kochały ją. Musiała żyć.

Koty, a w szczególności Bola i Lola, miały swoje przyzwyczajenia i preferencje. Pierwszy raz się zdarzyło,  żeby tak szybko i stanowczo dokonały podziału i zadeklarowały przynależność do konkretnej jednostki ludzkiej. Bola uwielbiała Tate, Lola bezgranicznie zapatrzona była w Mame. To oznaczało, że trzeba je adoptować parze męsko – żeńskiej, żeby żadna z sióstr nie została pokrzywdzona. Zanim to nastąpiło, Bola postanowiła dostać rui. Mame klęła pod niebiosa niczym żul spod nędznej speluny z nielegalnym bimbrem na nieodpowiedzialność poprzedniej opiekunki. Wszystkie koty chodziły zdenerwowane, kontakty obsadzone uspokajającymi środkami z feromonami ciągnęły prąd niczym stare parowozy wagony z węglem pod górkę, Kawa z Amelką syczały na niewinną Lolę, a Bola dostawała skurczów mięśni i zakwasów od ciągłego dreptania, napinania się i miauczenia. Cały dom stanął na głowie.  Na szczęście ulubiony wet Mame, u którego sama chętnie by się leczyła i jedyne co ją od tego powstrzymuje to fakt, że porządny ów lekarz za każdym razem z uporem maniaka waży swoich pacjentów, w szybki i prosty sposób zaradził temu szaleństwu. Bola dostała tabletki na powstrzymanie i wyciszenie, a Mame zapewnienie, że po trzeciej dawce kotka się uspokoi. -Matko Naturo, ja świra dostanę przez te trzy dni – jęczała Mame, kiedy pan doktor w jak zwykle miły i  stanowczy sposób pożegnał się z nią i zdecydowanym ruchem zamknął drzwi do gabinetu. Umówił się z nią na piątek i pozostawił na pastwę losu oraz drepczącej maratony Boli.  Magiczne tabletki faktycznie, ku zdumieniu Mame zaczęły działać według przyrzeczeń i w cudowny piątek siostry zostały poddane kastracji. W domu zapanował spokój. Koteczki nauczyły się ładnie jeść, odżyły, objawiły swoją pro ludzką osobowość i były gotowe do pójścia na swoje. Rozpoczęły się poszukiwania.

Kiedy na horyzoncie , spod wrocławskiej miejscowości pojawiła się miła dziewczyna z równie miłym chłopakiem i wykazali chęć adopcji kotek, dwie matki kwoki uruchomiły gorącą linię. – Ale co, myślisz że oni się nadadzą? – jak zwykle pełna obaw Ewa zamartwiała się na zapas, kiedy usłyszała od Mame że miłość do kotek czuć przez telefon i będzie to odpowiedni dom. – Oczywiście że się nadadzą – uspokajała ją Mame. – Zaproszę ich na wizytę, zobaczę jak się zachowują, czy to nie oszuści i chcą małe wziąć na organy albo pokarm dla pytona i wtedy zdecydujemy. I jeszcze się okaże czy są w stanie poczekać aż dziewczyny będą miały ściągnięte szwy. Wcześniej ich nie oddam. Jeżeli mi się nie spodobają, obiecuję Ci, zablokuję telefon i zarygluję drzwi. Gandalf na moście w Morii to będzie  przy mnie marny cienias – koiła panikę Ewy i równocześnie zastanawiała się którą patelnię jest w stanie poświęcić jakby co. Nie sprecyzowała sobie owego „jakby co” i z dobrotliwie serdecznym dla zmylenia przeciwnika uśmiechem, oraz radarami nastawionymi na każdą fałszywą nutkę w ich głosach, oczekiwała na przyjazd potencjalnych rodziców. Jej obawy okazały się płonne i patrząc jak miła i wcale nie bandycka para zachowuje się w stosunku do kotek, uznała że to odpowiedni ludzie i stworzą dziewczynkom wspaniały dom. Zaakceptowała ich w duchu, zadzwoniła do Ewy, zdała jej relację z wizyty i zaległa wyczerpana na kanapie. Zapragnęła szklaneczki lub trzech Martini, ale ulubionego lekarstwa jak zwykle nie było w domu. Z żalem pomyślała że brakuje jej jakiegoś tajemniczego wielbiciela, który ratujący jej zdrowie psychiczne napój, podrzucał by go regularnie pod drzwi. – Ach, jakby to było pięknie – pomyślała tęsknie. Przecież bym go nie zrujnowała, jedno w miesiącu mógłby mi sprezentować – rozmarzyła się i rozczarowana faktem braku tajemniczego wielbiciela udała się do łóżka.

Miła para przyjechała po dziewczynki w sobotę, po wizycie Mame u weta celem ściągnięcia szwów. Oczarowani i szczęśliwi, zapakowali swoje wyczekiwanie, wytęsknione dzieci i odjechali w siną dal. – A co jeśli nie odezwą się i nie będziemy wiedziały co się u nich dzieje?- przeczytała Mame wiadomość od Ewy. Nic się nie bój, pracuję jakieś pięć kilometrów od nich w razie czego ich znajdę – odparła Mame i w tej samej chwili otrzymała informację, że Bola i Lola są już w swoim domu, zadowolone i szczęśliwe badają nowe włości. Uznała że misja przebiegła z powodzeniem. Odetchnęła głęboko i zajęła się swoimi sprawami. Teraz dopiero Los uruchomił działania na skutek których w domu Mame i Tate miał zawitać Czaruś.

Życie napisało piękny scenariusz tej wspaniałej czwórce. Nowi rodzice szaleją na punkcie koteczek, a Bola, teraz Bufcia – panna wszędobylska i Lola – Fibi – mistrzyni i zwyciężczyni wieczornego mikrofonu wiodą takie życie, jakie powinny wieść wszystkie koty. W domu pełnym ciepła, spokoju i beztroski.

Cdn…

Wasz Kubuś

 


Rozmowy z Kotem
  • 205

Dodaj komentarz