Wigilia

Rozmowy z Kotem
  • 117

-To już? – pomyślała ze smutkiem starsza pani wchodząc w dzień zaduszny do sklepu. – Jeszcze znicze na grobach się nie wypaliły, a tu już świąteczne wystawy i muzyka…. – Do Świąt zostały prawie dwa miesiące, a oni już zaczęli….. Jakie to przykre…..Pani Krysia była starszą, ubogą osobą. Jej najbliższą rodziną byli, równie wiekowi, kot Franio i pies Maniuś. Mieszkali w wielkim bloku, w małej kawalerce na jedenastym piętrze. Niecały rok po śmierci męża pani Krysia zmuszona była sprzedać ich piękne, przytulne mieszkanie w starej kamienicy i wyprowadzić  się do maleńkiej kawalerki w dużym, brzydkim bloku. Wraz z pożegnaniem męża, z którym przeżyła ponad pięćdziesiąt lat, pożegnała również całe dotychczasowe życie i w wieku siedemdziesięciu lat rozpoczęła nowe. Wrodzona pogoda ducha i ogólna życzliwość do świata ukształtowały ją na miłą i przyjazną osobę.  Z właściwym sobie optymizmem zaadaptowała się w nowej rzeczywistości i z podwójnym teraz zapałem zajmowała się swoimi domownikami.

Problemy finansowe, w które wpadła po śmierci męża, mocno uszczupliły jej budżet i zmusiły do bardzo oszczędnego życia z ołówkiem w ręku. Jako osoba pozytywnie nastawiona do życia, pani Krysia szybko przeorganizowała swoje zwyczaje i uczyniła aktualną rzeczywistość skromną, ale pozytywną. Nie korzystała z usług opieki społecznej uważając, że są ludzie w gorszej niż jej sytuacji i im ta pomoc należy się bardziej. Niewielka emerytura pozwalała na zaspokojenie podstawowych potrzeb Frania i Maniusia, a to oni byli dla niej najważniejsi.  Nigdy nie odmówiła im posiłku, a że czasem odmówiła sobie….. Tłumaczyła im wtedy, patrząc z wielką miłością jak opróżniają swoje miseczki, że w ich sytuacji finansowej lepiej schudnąć niż przytyć, bo łatwiej jednak zwęzić ubranie, niż je poszerzyć. Zarówno Franio jak i Maniuś, znający się na finansach w równym stopniu co, dajmy na to architekturze, odbierali jej słowa jako ciepłe, pełne miłości i oddania dźwięki wydobywające się z ich opiekunki i w poczuciu pełnego zaufania i oddania, odwzajemniali się na swój sposób.  Franio z wielkim zapałem przejął na siebie obowiązki budzika i z niesamowitą regularnością, dzień w dzień o piątej rano, przeciągnąwszy się po jak zwykle udanej drzemce, przenosił się ze swojego miejsca w nogach łóżka na poduszkę i przytuliwszy się grzbietem do głowy pani Krysi, rozpoczynał poranną toaletę. Dla śpiącego w zagłębieniu kolan Maniusia był to sygnał, że on również musi wypełnić swoje obowiązki. Ziewając jak głodny wieloryb na widok licznej kolonii planktonu, wolnym, rozciągającym się po obudzeniu krokiem,  gramolił się na poduszkę tyle, że od strony twarzy i z ogromną miłością i jeszcze większym niż Franiowy zapałem, uskuteczniał drugą część pobudki polegającą na starannym wylizaniu twarzy swojej opiekunki. Nie mająca nic do powiedzenia w takiej sytuacji pani Krysia, strząsając z siebie resztki snu, psi język i odsuwając głowę od kociego grzbietu, z westchnieniem odchylała ciepłą kołdrę i siadając na łóżku i witając się z chłopakami, rozpoczynała nowy dzień.

Nadchodzące święta były dla niej wyjątkowo trudne. Jej ukochany mąż odszedł od niej w Wigilię, dziesięć lat temu. Nawet teraz, po tylu latach, jego śmierć bolała równie mocno. Skromny, wyprawiony z pomocą nielicznych już wtedy przyjaciół, gdyż rodziny nie mieli, pogrzeb,  na zawsze przesłonił radość z tych, jakże przecież wesołych świąt.  Widok pięknie udekorowanych sklepów i ulic przywracał wspomnienia spędzanych zarówno z mężem, jak i samotnie świąt. – Cóż zrobić, – szeptała do siebie z westchnieniem. – Życie płynie dalej, a cały świat nie zatrzyma się tylko dlatego, że w pewnym momencie zatrzymał się mój.

Skromnie urządzone mieszkanko lśniło czystością, jednakże na święta pani Krysia sprzątała je tak, że do owego lśnienia dołączał i blask. Powoli, bez pośpiechu myła dokładnie wszystkie meble,  pucowała okna, odkurzała, ścierała, i zamiatała, aż uznała, że posprzątała swój dom na tyle,  że może do niego z godnością i bez wstydu zaprosić małego Jezuska . Jak co roku po niedzielnej mszy udała się na zakrystię po opłatek, który stawiała na przykrytym śnieżnobiałym obrusem stole. W wigilijny wieczór ubierała przyniesioną wcześniej z piwnicy starą choinkę. Znalazło  się na niej  równo pięćdziesiąt bombek. Dokładnie tyle, ile lat trwało jej małżeństwo.  Kiedy po ślubie mieli z mężem obchodzić swoje pierwsze święta okazało się, że nie mają czym udekorować drzewka. Nie mieli też gdzie i za co kupić bombek, więc pani Krysia przeglądnąwszy szafy, znalazła w nich resztki czerwonej włóczki, z której, w ramach prezentu pod choinkę zrobiła na drutach rękawiczki dla męża. Po kilku minutach z radością pokazała mężowi czerwony pompon, który uroczyście i ze śmiechem zawiesili  na gałązce. Ich pierwsza, wspólna bombka. Postanowili zrobić z tego świąteczną tradycję i już zawsze na święta kupowali, lub robili jedną ozdobę choinkową. Po trzydziestu latach małżeństwa i posiadanych z tej okazji trzydziestu różnego rodzaju zawieszkach uznali, że czas kupić nową choinkę, na tyle dużą, żeby zmieściło się na niej kolejnych trzydzieści ozdób. Śmierć męża przerwała tę tradycję i od tamtej pory, już na zawsze znajdowało się na drzewku pięćdziesiąt bombek.

Zrobione wcześniej świąteczne zakupy pozwoliły na przygotowanie uroczystej kolacji. Ceny żywności pozwoliły aby na stole znalazł się barszcz z uszkami, sałatka jarzynowa, kompot z suszu, kawałek śledzika i udający karpia mrożony morszczuk.  Dla pani Krysi była to jednak ogromna uczta. Na pięknie udekorowanym świerkowymi gałązkami stole znalazła się podarowana z okazji ślubu, pieczołowicie przechowywana na specjalne okazje zastawa stołowa. Trzy nakrycia na stole, jedno dla niej, jedno dla męża i trzecie dla niespodziewanego gościa, który, być może, postanowi właśnie w tym dniu zapukać do jej drzwi. Obrazu dopełniały ustawione na podłodze przy stole,  w równym rządku, trzy miseczki. Dla Frania, dla Maniusia i trzecia na wypadek, gdyby niespodziewany gość przyszedł ze swoim towarzyszem, lub też, gdyby jakiś zbłąkany zwierzak postanowił właśnie do nich zawitać akurat w Wigilię.  Po oficjalnym wypatrzeniu pierwszej gwiazdki, starsza pani włączyła radio z którego popłynęły cichutko kolędy, sięgnęła po opłatek i złożyła ręce do modlitwy. W tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi.

Mieszkająca obok pani Krysi rodzina, składała się młodego, roszczeniowo do życia nastawionego małżeństwa, które uważało, że dorobiwszy się na raty samochodu uznawanego za pojazd ze średniej półki, jest na uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie i ich nastoletniego, zahukanego i nieśmiałego syna Jacka. Rodzice Jacka, typowi dla swojego pokolenia agresywnie roszczeniowi konsumpcjoniści uważali, że świat kręci się wokół nich i wszystko czego zapragną, można kupić. Dla zduszenia niejasno i od czasu do czasu   błąkających im się w głowach wyrzutów sumienia, zasypywali syna coraz to nowymi prezentami i z roku na rok zwiększali mu, i tak już wysokie kieszonkowe. Nieśmiały i nieszczęśliwy chłopiec czuł się we własnym domu jak niepasujący do wizji rodziców przedmiot. Nie miał przyjaciół, nie potrafił się przed nikim otworzyć i zamiast siedzieć przed komputerem albo konsolą, wolał w bibliotece. Uczył się dobrze, nie sprawiał problemów i dawno temu dostrzegł już, że w jego domu pieniądze są od niego ważniejsze. Ponieważ otrzymywane od rodziców kieszonkowe z zapasem zaspokajało jego skromne potrzeby, postanowił odkładać jego część na wszelki wypadek. Sam nie bardzo wiedział, co ów wszelki wypadek może stanowić. Niejasno przemykała mu po głowie myśl, że jak tylko dorośnie, wyprowadzi się z domu, a zaoszczędzone pieniądze ułatwią mu trochę start.

Dzień przed Wigilią był w ich domu corocznym koszmarem. Kłócący się o wszystko rodzice, licytujący  które z nich jest bardziej zmęczone i zapracowane, nie byli pożądanym towarzystwem. Wieczne awantury o pieniądze, pretensje do życia i siebie nawzajem o ciągle zbyt małą ich kwotę na pokaźnym przecież koncie i obwinianie się o kolejne spędzane w domu a nie na Teneryfie świętach, wzbudzały w Jacku poczucie winy i niechęć. Pierwsze wynikało z przeświadczenia, że gdyby nie on, to rodzice byliby szczęśliwsi, a drugie z panującej w ich domu atmosfery. Jacek, jak każde dziecko, potrzebował rodziców, a nie dwóch robotów zarabiających pieniądze. Chciał spokojnego, pełnego miłości  i ciepła domu, chciał przyjść po szkole i opowiedzieć rodzicom co się w niej działo, chciał z nimi przebywać, śmiać się, a wieczorami wspólnie spędzać czas. Chłopiec z goryczą uznał, że w jego domu to niemożliwe, założył na siebie kurtkę i buty i nie zwracając się ani jednym słowem do kompletnie niewidzących go rodziców, pobiegł do biblioteki.

W bibliotece było cicho i spokojnie. Pani Ania, złota kobieta o dobrej duszy, z uśmiechem powitała swojego ulubionego, stałego bywalca. Grzeczny i miły chłopiec, przychodził tu regularnie. Kobieta widziała ogromny smutek w jego oczach, ale nie chciała wnikać w jego prywatne sprawy i patrzyła tylko z wielkim współczuciem, kiedy chłopiec, wybrawszy książkę, siada na swoim ulubionym miejscu pod oknem, niedaleko jej biurka i zapada w wymyślony przez kogoś świat. Nie inaczej było i tym razem. Jacek po wybraniu lektury, usadowił się tam gdzie zawsze. Pani Ania miała ogromną ochotę złamać swoją zasadę nie wtrącania się w jego życie, tym bardziej, że zauważyła płynącą mu po policku łzę, jednakże w tym samym momencie do biblioteki weszła jej kuzynka, mieszkająca w tym samym bloku co pani Krysia i Jacek, wiecznie roztargniona Małgosia.

-Dzień dobry kochana, -zaszczebiotała od progu Małgosia. – Jestem dosłownie na chwilkę, przyniosłam Ci na spróbowanie makowca, no mówię Ci, rewelacja, to z tego przepisu od Jolki, pamiętasz mówiłam…. – przerwała w pewnym momencie raptownie, gdy tylko jej wzrok padł na siedzącego pod oknem chłopca. – A co on tu robi?- spytała konspiracyjnym szeptem kuzynkę. – To Ty go znasz? – zdziwiła się pani Ania. – Oczywiście że znam, to ten Jacuś, wiesz, ten chłopiec od stukniętych rodziców, co to wiecznie się kłócą, a na niego nie zwracają uwagi…. Biedne dziecko…. No nic, spieszę się, weź ciasto, ach, on przecież mieszka na przeciwko pani Krysi, tej starej, biednej i samotnej kobiety, która tu chyba przychodzi, wiesz, ta co męża straciła i musiała sprzedać jakieś ich piękne mieszkanie…..Ona chyba tylko zwierzęta ma, żadnej rodziny….. Naprawdę muszę już lecieć, straszny chaos przez te święta, moje dzieci zbiły ten stary talerz, wiesz, ten ocalały z poprzedniej zastawy, co to go wystawiamy dla kogoś niespodziewanego, ale teraz nie mam na czym, bo przecież zbiły….No nic, może szczęśliwie nikt nie przyjdzie…… To wszystkiego najlepszego kochana, Wesołych Świąt Ci życzę, takich wiesz, rodzinnych, ciepłych…..- monolog Małgosi zakończył się wraz z zamknięciem przez nią drzwi.

W bibliotece zapadła cisza. Pani Ania w milczeniu patrzyła na siedzącego pod oknem chłopca, który w połowie wypowiedzi jej kuzynki przerwał czytanie i chłonął każde rozbrzmiewające w bibliotece słowo.  – Jacusiu, – odezwała się niepewnie pani Ania, – Jacusiu…. – Pani Aniu, – w tym samym czasie odezwał się Jacek, zerwawszy się gwałtownie z krzesła – Pani Aniu, czy to prawda o mojej sąsiadce? – zapytał. – Czy to prawda? – powtórzył, wbijając intensywny wzrok w bibliotekarkę. – Z tego co się orientuję, to tak – odparła kobieta, która zamierzała powiedzieć coś zupełnie innego. – Pani Krysia straciła męża i jest samotna, a to dobra osoba, często tu przychodzi… Dziwne, że się nie spotkaliście tutaj, ale nie, nie mogliście, ona tu przychodzi, kiedy Ty jesteś w szkole… – Pani Aniu – odezwał się bardzo poważnie Jacek – Czy może mi pani pomóc? – dodał i nie czekając na reakcję kobiety, wyłożył jej swoją prośbę. – Oczywiście, że tak – odparła zaskoczona i lekko też zawstydzona. -Tak, jak najbardziej Jacku. – To dobrze, dziękuję pani, do zobaczenia zatem,do jutra, do widzenia – odparł Jacek i uszczęśliwiony wybiegł z biblioteki.

Zdziwiona pani Krysia przerwała na wpół rozpoczętą modlitwę. Franio z Maniusiem z zaciekawieniem podbiegli do drzwi. Po chwili wahania kobieta wzięła z nich przykład, podeszła do drzwi i nie pytając o nic, otworzyła je delikatnie. Za progiem dostrzegła panią Anię z biblioteki i tego miłego chłopca, który mieszka po sąsiedzku. – Dzień dobry pani Krysiu, przepraszam, że przeszkadzamy, ale ten młody człowiek poprosił mnie o pomoc, bo sam nie miał śmiałości – odezwała się pani Ania – możemy wejść? – dodała nieśmiało – Ttaak, tak, naturalnie, proszę, zapraszam – zająknęła się zaskoczona pani Krysia, otwierając szerzej drzwi. Niespodziewani goście weszli do przedpokoju, wnosząc równocześnie dwie ogromne i ciężkie torby. Zdziwiona pani Krysia w milczeniu patrzyła jak ściągają kurtki i buty, po czym z niemałym wysiłkiem wchodzą z torbami do pokoju. – Pani Krysiu, Jacuś, pani sąsiad, poprosił mnie o pomoc. Usłyszał przez przypadek pani historię i postanowił, że wszystkie swoje oszczędności przeznaczy na jedzenie dla pani pupili. Kupił też dużo zabawek i legowiska. – Oniemiała pani Krysia patrzyła jak niespodziewani goście wyciągają te dobra i układają pod choinką. Nie była w stanie nic powiedzieć, ani tym bardziej zaprzeczyć. Po pierwszym szoku, opanowała się na tyle, że zaprosiła ich do stołu, przełamała opłatkiem i pierwszy raz od dziesięciu lat w tym domu rozbrzmiała modlitwa na trzy głosy.

Wzruszona i przejęta pani Ania pożegnała się wkrótce, po kilku minutach dom sąsiadki opuścił również Jacek. W jego duszy szalała burza. Zderzenie jego świata z rzeczywistością innego człowieka wywołało u niego szok. Nie umknęły jego uwadze ani skromnie urządzone mieszkanie, ani ubogo zastawiony stół. Po powrocie do własnego domu, gdzie przy bogato zastawionym stole grzmiała kłótnia rodziców o źle wybrany rozmiar krewetek, które nie dość atrakcyjnie prezentują się na stole, Jacek pojął, o co naprawdę w  życiu chodzi. Przebrał się w odświętny strój, zabrał z kuchni słuszny kawałek piernika, odwrócił się na pięcie i w założonych przed chwilą kapciach wyszedł  z domu.

Pani Krysia siedziała oniemiała. Popłakała się ze wzruszenia kiedy goście wyszli, a teraz siedziała z wyraźnie wymalowanym szczęściem  na twarzy i patrzyła, jak jej ukochane chłopaki z zaciekawieniem testują nowe zabawki. Chciała już wziąć przyniesioną przez chłopca wędkę i pobawić się z Franiem, gdy, drugi raz w tym niesamowitym dniu rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyła, ujrzała stojącego z ciastem na talerzu Jacusia.  – Przepraszam że znowu przeszkadzam, ale czy mogę wejść? – spytał chłopiec. – Oczywiście Jacusiu, jesteś tu zawsze mile widziany, wejdź proszę, Franio się ucieszy, polubił Cię – odparła pani Krysia. – Ja chciałem zapytać, czy  nie będzie miała pani nic przeciwko, żebym spędził u pani jeszcze chwilę? – zdenerwowany Jacek przebierał niepewnie nogami. – Jacusiu, chłopcze drogi, jesteś tu zawsze mile widziany, oczywiście, że możesz, wchodź, rozgość się, zaraz zrobię herbaty.

Pani Krysia była mądrą, doświadczoną przez los i czas osobą. Od razu poznała że w głowie  grzecznego syna wiecznie kłócących się sąsiadów dzieje się jakaś nieodgadniona dla niej tragedia. Usiadła z nim na kanapie i opowiadała chłopcu piękne historie o świętach, ich przesłaniu, o magii która się podczas nich dzieje. Jacuś słuchał z zapartym tchem, zadawał pytania, prosił o więcej i chłonął każde jej słowo. Kiedy zrobiło się już późno i zauważył u pani Krysi oznaki zmęczenia, podniósł się z kanapy, niespodziewanie i z ogromną siłą samotnego wśród tłumu człowieka, przytulił się do niej i podniósłszy głowę zapytał nieśmiało – Czy mogę do pani mówić babciu? Starej, samotnej kobiecie zakręciło się w głowie. Emocje dzisiejszego dnia musiały w końcu znaleźć ujście i niespodziewanie dla siebie samej, pani Krysia rozpłakała się rzewnie. – Tylko wtedy, kiedy pozwolisz mi nazywać Ciebie wnuczkiem – odparła.

Cdn…

Wasz Kubuś

 

 

 


Rozmowy z Kotem
  • 117

Dodaj komentarz