Aquapark. Część druga, ostatnia.

Rozmowy z Kotem
  • 55

-Jasna dupa zielonego jeża i wszyscy koci święci! – pomyślała spanikowana Mame, mknąca rurą  ruchem nieskoordynowanie obrotowym  niczym Pendolino z Kasprowego po  śliskich szynach. – Niech to szlag nagły trafi i zakończy moje katusze! – W panice przypomniała sobie z lekcji fizyki coś o masach i prędkościach. -Jak to szło? – zastanowiła się nagle – Masa plus prędkość równa się coś tam….Nie wiem co się w tej fizyce równa, w rzeczywistości masa plus prędkość i jeszcze dla rozrywki woda, bo co ma być za łatwo , równa się samobójstwo! Utopię go, jak tyko bezpiecznie znajdę się na dole, utopię go za to mendzenie i namawianie mnie do złego i nie będzie mnie więcej narażał na utratę zdrowia, życia i paznokci! – wzburzona i przestraszona Mame desperacko próbowała zatrzymać się w cholernie mokrym rurosie, w którym ostatnią przewidzianą przez pomysłodawcę tegoż, było zatrzymanie się w trakcie spływu.  -Ja chcę do domu, niech mnie ktoś stąd zabierze, czy jest tu jakieś wyjście awaryjne? Mogą być nawet te cholerne schody, nawet rura strażacka w ostateczności, zjadę raz a dobrze, a nie będę kręcić się niczym żółtko we władaniu wściekłego miksera! Gdzie tu są jakieś hamulce?! – Przelatujące przez maminą głowę myśli szły w parze z desperacko rozcapierzonymi kończynami, próbującymi na wyraźne żądanie wyhamować, oprzytomnieć i znaleźć inny sposób na pluśnięcie do znajdującego się na końcu rurosa, zbawiennego, bezpiecznego baseniku. – No zatrzymaj się w końcu – zrozpaczona Mame ryknęła szeptem do siebie, z wymuszenie leżącej pozycji udało się jej przejść do siadu i w niewiadomy sobie sposób, wbrew rżącemu ze śmiechu Losowi, który wraz z BABCIE płakał na dole ze śmiechu, gdzieś w połowie rury, zbolała, przybita i nieszczęśliwa  Mame zatrzymała się.

Ziewając niczym wybudzony z drzemki hipopotam, Paweł Szymkowiak otworzył swoją szafkę w pomieszczeniu ratowników i włożył do niej swoje prywatne ubrania. W strój służbowy przebrał się już wcześniej.  Przygładził ścięte na rekruta szatynowe włosy, sprawdził w lustrze stan bicepsów, kaloryfera, napiął równocześnie soczyście jędrne pośladki i zadowolony z efektu oraz siebie, zamknął szafkę. Ratownikiem był już cztery lata. Skończył AWF, uwielbiał pływać, zrobił kurs pierwszej pomocy i ku zgrozie rodziców, marzących o porządnym zawodzie dla syna, typu lekarz albo prawnik, zatrudnił się jako ratownik. Lubił swoją pracę, odkrył w sobie przemożną chęć pomagania ludziom, ratowania ich z opresji. Oprócz najważniejszych wiadomości z kursu pierwszej pomocy mówiących jak zachować się w obliczu ratowania innego człowieka, w pamięci utknęły mu szczególnie dwa zdania. Pierwsze, wypowiedziane przez prowadzącego na samym początku  kursu brzmiało – Obyś nigdy nie musiał skorzystać z tej wiedzy, i drugie, nie mniej ważne, acz lekko odbiegające od fachowej wiedzy, nie mniej jednak istotne – Nigdy nie mów przy poszkodowanym kurwa mać w odniesieniu do stanu w jakim się on znajduje. Zbrojny w swoją wiedzę, umiejętności pływackie i zapał, rozpoczął kolejny dzień pracy. Dzień jak dzień, zapowiadał się zwyczajnie. Paweł daleki był jednak od rutynowego myślenia. W tym zawodzie jedyne, czego można być pewnym to fakt, że po zakończonej zmianie i wyjściu z pracy nie odpowiadasz za bezpieczeństwo pozostających w wodzie ludzi.  W ten akurat dzień, przypadł mu do nadzorowania wydzielony z małego basenu tor do pływania dla dzieci oraz zjeżdżalnia. O ile z torem nie miał wiele do roboty, o tyle wypluwająca z siebie ludzi rura, absorbowała zdecydowanie większą część uwagi.  Sposób w jaki większość starszych dzieci, a w szczególności nastolatków korzystała ze zjeżdżalni, jeżył włos na głowie, gdyż dawał pewien obraz tego,  co delikwent wyrabiał w trakcie spływu. Zasady bezpieczeństwa zostały wprowadzone w konkretnym celu, i choć z pozoru nudne i nieistotne, mają za zadanie ratować rozbrykane i szalejące młodociane głowy przed nimi samymi. Paweł z rozgoryczeniem pokiwał głową. Ile to razy, stopując rozwydrzone towarzystwo, doskonale przecież bawiących się dzieci, był narażony na awantury ze strony różnego rodzaju Karyn i kark-Sebów. -Co mi tu będziesz gwizdał na mojego synka, zapłaciliśmy, to mamy prawo robić co nam się podoba i won gnoju bo Ci ten gwizdek wsadzę, to jedne z najczęstszych reakcji rodziców, na próby ratowania przerośniętych” bombelków” przed nimi samymi. A nie daj Ojcze Neptunie, żeby jeden z drugim nieodpowiedzialny szczyl, zakrztusił się wodą! Wtedy zaczynał się jazgot! Co to za ratownicy, tylko na cycki się gapią, a mój synek tonie, gdzie oni są jak są potrzebni, wszystkich was zwolnię, nie wiesz z kim zadarłeś…..Leciało w ich stronę. Paweł westchnął, machnął ręką, profesjonalnym okiem rzucił na swój dzisiejszy teren i rozpoczął pracę.

Nie było wielu ludzi. Na rodziny z małymi dziećmi to za wcześnie, na skacowaną nocnymi imprezami młodzież tym bardziej, basen zapełniony w niewielkim stopniu był kilkoma osobami w średnim wieku i niewielką grupką seniorów. Nieletnich reprezentowało dwóch, na oko dziesięcioletnich chłopców, którzy z lubością użytkowali zjeżdżalnię szczęśliwi, że nie muszą stać w kolejce do zjazdu. Od czau do czasu zjawiał się na niej sympatyczny z twarzy facet, który od razu utkwił Pawłowi w pamięci. Facet i najprawdopodobniej jego żona, niska, korpulentna kobieta w sukience kąpielowej, byli jednymi z niewielu osób, które minąwszy Pawła po raz pierwszy, powiedzieli mu grzecznie dzień dobry. To się często nie zdarza. Nie tylko na basenie. W sklepach czy urzędach widać ten sam trend. Najczęściej pracujący tam ludzie traktowani są jak powietrze, jakby byli niewidzialni. Niezbyt to miłe, a świadczy o wyraźnym schamieniu naszego społeczeństwa, które tak wysoko zadziera nos do góry, że naciągnięta do granic możliwości skóra na szwie kiedyś puści i jeden z drugim nabzdyczony cham najzwyczajniej w życiu się posra. Bo kto i po co mówi dzień dobry ochroniarzowi w sklepie?

W którymś momencie ruch jakby się zatrzymał. Ucichły bicze wodne, którym skończył się cykl pracy,  ludziom nie chciało się zmieniać miejsca i na krótką chwilę zapadła cisza. Jakaś starsza kobieta, wyraźnie zaciekawiona czymś i rozbawiona, w dość szybkim tempie przeniosła się z wanny jakuzzi pod tor do pływania dla dzieci i usadowiła na wprost wylotu ze zjeżdżalni, wyraźnie na coś czekając.  Sympatyczny z twarzy facet, mocno gestykulując prowadził wyraźnie zniechęconą małżonkę po schodach na górę. Po chwili , zjechawszy fachowo rurą, znalazł się na dole i zaczął kiwać w stronę żony, niewątpliwie zachęcając ją do zjazdu. Kobiecie przez twarz przeleciało kilka uczuć, wyjątkowo widoczne były złośliwa satysfakcja i chęć ukręcenia facetowi łba. Z uśmiechem przepuściła znajdujących się za nią chłopców i zerknęła w dół sprawdzając, jak machający na dole mąż zareaguje. Facet przestał kiwać, energicznym ruchem skierował się ku wyjściu z baseniku z wyraźnym zamiarem wejścia na górę do żony i osobistego jej przekonania do zjazdu. Siedząca na przeciwko wylotu zjeżdżalni starsza pani zamarła w oczekiwaniu.

Zrrrrrgggriiiiiii, iiiiizzzzzzzzbbbbbrbrr, zzzzzzgggggrrri, zg! – rozległo się w panującej na basenie ciszy. -Ggggrrrrrr, grrrr, grrrr, grrrr, – usłyszeli zamarli ze zdziwienia, zgromadzeni w wodzie ludzie.  Rozległ się w powietrzu miarowy dźwięk, charakterystyczny dla ocierającego się mokrego ciała o plastik. Grrr, grrr, grrr, grrr, – powoli, nie przerywając, produkowało je ciało znajdującej się w środku zjeżdżalni osoby.  Paweł zdrętwiał. Zadarłszy głowę do góry, z otwartymi ustami oglądał rozlegającą się przed jego oczyma scenę.  Poprzez przeźroczystą rurę wyraźnie widoczny był zarys korpulentnej sylwetki kobiety w sukience kąpielowej. Intensywność jednej dużej plamy mocno odciskającej się na jasnej rurze świadczyła o tym, że kobieta, zamiast w pozycji leżącej z przyciśniętymi do siebie rękoma, tak jak powinno się zjeżdżać z każdej rury, najwyraźniej w świecie siedzi. Zamazane cztery inne plamy pozwoliły dopełnić tego niecodziennego obrazu. Kobieta w rurze nie dość, że siedziała, to miała rozcapierzone do granic możliwości wszystkie kończyny. Rozłożone niemalże w szpagat nogi, zdołały w jakiś sposób wyhamować i zatrzymać ciało w miejscu. – Zaklinowała się? Musi mieć silne uda – przemknęło równocześnie Pawłowi przez myśl. Rozkraczona gigantyczna żaba nie należy do codziennego widoku i przez ułamek sekundy ratownika zamurowało. Lata praktyki i ćwiczeń nie poszły jednak na marne. Wskoczył do baseniku, podbiegł do wylotu rury i zaczął wołać.

-Matko Naturo, nie wierzę, stoję, zatrzymałam się – zdumiona Mame w mało eleganckim rozkroku stanęła na chwilę. -Ufff, – pot płynął jej po twarzy, niemiłosierna woda napierała z tyłu i Mame doskonale wiedziała, że nie uda jej się tak długo utrzymać. – Skup się – pomyślała stanowczo. -skup się i myśl. Za nic w świecie nie położysz się na plecach, bo ślizg jest taki, że z rurosa wylecisz niczym Małysz z progu i nie tylko nie wybijesz dziury w baseniku, ale nawet go przelecisz i od razu, niechybnie, wylądujesz na podłodze za basenikiem jak nie przymierzając, foka w akwarium na pokazach. One tam też wyślizgują się z wody, ale nie miej złudzeń, u Ciebie nie będzie tej gracji i oklasków. Znasz się, pewnym jest, że zahaczysz o coś łbem i go rozbijesz. Nie licz na to, że będziesz po tym mądrzejsza. Poza tym, ludzie się zlecą i będą się na Ciebie gapić. I po co Ci to? Zjedź sobie spokojnie, na hamulcu, zrób tę dziurę jak każdy normalny człowiek, zabij Tate i jedź do domu. Do tego Aquaparku nie wracaj już nigdy w życiu. Po powrocie do domu, dobij Tate i idź się pluskać w wannie. Tam też jest woda. Dobra, zabierz BABCIE, ale ona wraca w bagażniku, bo całą drogę będzie darła łacha i nie zapomni Ci tego do końca życia. -A może nikt nie widzi i nie wie, że ja tu sobie siedzę? – po wewnętrznym monologu odezwała się głośno Mame. -Uradowana tą myślą ustaliła ruchy kończyn i przebierając palcami u nóg niczym Fred Flintstone na autostradzie, powolutku oderwała się od ścian i ruszyła w dół.  – Halo, proszę Pani, czy wszystko w porządku? Coś się Pani stało? Halo, słyszy mnie Pani? Czy potrzebna pomoc? – donośny głos Pawła nie pozostawił żadnych wątpliwości, że właśnie, gdyby miała jeszcze jakieś złudzenia, usłyszał ją cały basen. – Dźwig sprowadź, w cholerę i ruski balet, – mruknęła skupiona na miarowym przemieszczaniu się wewnątrz rury Mame. – Dźwig, telewizję i saperów, bo jak znajdę się na dole, to eksploduję. – Nie, dziękuję, nic mi nie jest – uroczo beztroski głos rozległ się z rury. – Za chwilę będę na dole, proszę się nie kłopotać – usłyszał Paweł i jakby na potwierdzenie tych słów ujrzał wewnątrz rurosa ruch. Tyłek kobiety w sukience przemieszczał się powoli, ruchem jednostajnie cyklicznym w dół. Powoli, zgrzytając i ocierając się o plastik, kobieta znalazła się na ostatniej prostej.

O Matko Naturo, nie wierzę, udało się, udało, widzę koniec, widzę wodę – wzruszonej Mame rozjaśniło się oblicze. – Teraz to ja mogę zjeżdżać, teraz to ja zaszeleję, – ułańska dusza Mame, siedząca do tej pory w głębokim ukryciu, zapłonęła chęcią rozrywki. Mame popatrzyła uważnie, obadała możliwości, obliczyła potrzebne do tego niemalże skoku w nad świetlną, parametry i uznawszy, że nic już jej nie grozi, a jakąś rozrywkę z tego musi przecież mieć, , puściła ratujące jej życie ściany i z wdziękiem spłynęła ostatnie trzy metry.

BABCIE zakrztusiła się ze śmiechu. Doskonale wiedziała, że jej w gruncie rzeczy asekurancko podchodząca do życia córka, nie często działa na swoją szkodę. Złośliwie pomyślała, że już dawno tak się nie uśmiała i trochę z żalem, trochę ze współczuciem, ale jednak z wyjątkowym rozbawieniem, mruknęła do siebie pod nosem – Co? Już? Już zjechała? Szkoda,- parsknęła ocierając mokre od śmiechu oczy. Los bawił się nie lepiej niż BABCIE. Siedział obok niej i z każdym ruchem Mame, rozwiewał się jego zły nastrój. Pod koniec sam żałował, że ta rura taka krótka i atrakcja się kończy. Usłyszawszy rozczarowany głos BABCIE, postanowił się wtrącić. Tak na koniec, żeby było z przytupem.

Szczęśliwa niczym kot w porcie na widok wracających z połowu kutrów, Mame poczuła pod stopami wodę z basenu. Wciąż siedząc, w pozycji siedzącej, dostojnie królewskiej, wyłoniła się z rury, wprost na czekającego na nią zaniepokojonego ratownika. Przywołała na oblicze przyjemny wyraz, okrasiła go promiennym uśmiechem numer pięć i….Wyłaniając się z rury stopy oprócz wody, spotkały się z Losem. Wyślizgującej się Mame, niezbyt szybko ale jednak, stopy opadły w dół, pociągnęły za sobą zgięcie kolan i na samiuteńkim końcu rury biedna Mame pacnęła wyprostowana twarzą w wodę, niczym błyskawicznie zamykające się ramię szlabanu na  przejeździe kolejowym. BABCIE dostała czkawki ze śmiechu.

Zaskoczona Mame nie zdążyła spanikować na okoliczność zanurzenia się głową w wodzie, gdy poczuła nagle silny uścisk na prawym ramieniu i energiczne szarpnięcie w górę. Wyłoniła się z wody niczym wyliniała Świtezianka po rocznej kwarantannie spędzonej na czipsach i piwie, wdzięcznie zarzuciła ruchem machającego grzywą lwa,  pozostałością grzywki, stanęła w końcu na nogach i błyskawicznie przywracając twarzy oblicze przyjemne i promienne, skinęła królewsko głową zdumionemu, osłabłemu z ulgi, że babie nic nie jest, ratownikowi, podziękowała grzecznie i pozwoliła odprowadzić mu się do wyjścia z baseniku. Wylazła z prawie gracją, poprawiła spódniczkę i włączyła namierzanie. Wyraz twarzy zmienił się jej radykalnie. Z godnie niewinnego, który przybrała po podziękowaniu ratownikowi, na morderczo- sadystyczny, kiedy skanowała przestrzeń w poszukiwaniu prawie już trupa swojego małżonka. Czujnik zapiszczał, kiedy wzrok jej padł na znajdującą się przy jakuzzi wysoką, metalową rurę w kształcie litery „c”. Była to tak zwana rwąca rzeka i wstrętny tchórz, przez którego za chwilę zostanie wdową, stał przy jej ściance po prawej stronie. W Mame zawrzało, oczy nabiegły krwią i niczym wampir na polowanie, ruszyła w stronę Tate.

Tate zamarł na schodach, na widok zatrzymującej się w połowie zjazdu żony. Zdezorientowany, przez chwilę nie wiedział co robić. Nie zjedzie za nią i jej nie wypchnie, bo obojgu zrobi krzywdę, poczeka na nią na dole. W pośpiechu zbiegł ze schodów, wskoczył do baseniku i zamarł w oczekiwaniu. Kiedy po chwili postoju widać było, że Mame przemieszcza się w dół, BABCIE, która uwielbia swojego zięciunia, szczególnie za wykonywane przez niego aktualizacje w telefonie i laptopie, podpłynęła do niego i poradziła uciekać, gdzie pieprz rośnie, a już na pewno oddalić się z zasięgu rąk małżonki, kiedy ta w końcu wyłoni się z rury. Bohaterski Tate odrzucił tę myśl z godnością, po chwili jednak, rozważywszy propozycję BABCIE uznał, że lepiej zniknąć na chwilę i poczekać aż Mame ochłonie, niż trwale pod wodą. Pośpiesznie udał się w stronę rzeki.

-Ty wredny tchórzu, Ty namawiający mnie do złego i czyhający na moje życie buraku kiszony, gdzie się tam chowasz, wyłaź pókim dobra, utopię Cię od razu i potem będziesz miał spokój! – bulgocząca wściekłością Mame niebezpiecznie szybko zbliżała się do Tate. – Jak mogłeś się tak gdzieś schować, jak śmiałeś uciekać, kiedy ja tam mogłam umrzeć! – parskająca wodą Mame wdarła się w środek nie włączonej jeszcze rwącej rzeki. – Nie wiedziałem, skąd mogłem przypuszczać że się zaklinujesz – Odpowiedział i ugryzł się w język. Na reakcję żony nie musiał długo czekać – A więc uważasz, że jestem za gruba – cichy spokojny syczący szept wydobył się z ust Mame. Tate wiedział, że ma przechlapane. Im ciszej jego żona mówi, tym bardziej przechlapane. Szept oznaczał poważne kłopoty. Oddalający się do swoich arcyważnych spraw, ubawiony po kokardy Los, doszedł do wniosku, że ta dwójka najlepsza jest jednak w zestawie. Jedno nie może ukatrupić drugiego, bo kto jak nie oni, dostarczają otoczeniu takiej rozrywki. Uśmiechnął się szelmowsko, pogonił trochę czas dzięki czemu zareagowały podłączone do prądu, ustawione na zegarowe włączanie urządzenia i zerkając za siebie, opuścił z żalem Aquapark.

W rwącej rzecze Tate stał przy wewnętrznej ścianie, Mame zaś zbliżała się od niego od zewnętrznej. Kiedy była już za połową, nagle coś pstryknęło, zabulgotało i uruchomił się mechanizm wprawiający wodę w ruch. Mame nie zdążyła zareagować. Zaskoczona, z miękkimi od wysiłku jak wata cukrowa nogami, nie mając się czego złapać i jak ustawić, biedna Mame pod dużym ciśnieniem, została wypluta na środek basenu. Tate zamurowało, w sekundę opanował zaskoczenie i nie bacząc na zagrożenie życia, rzucił się na pomoc. Dla Mame to było za dużo. Stała załamana w wodzie, ramiona jej się trzęsły i była bliska płaczu.  – No już, już jestem, wiem, wiem, to było straszne przeżycie, chcesz, to mogę się zacząć topić – dopadłszy małżonki, mruczał uspokajająco Tate.- Tu mam się topić, czy wolisz w domu, w wannie? – W domu nie, jak Ci się uda to za duży kłopot będzie, poza tym, jak chcesz samodzielnie, to nie to samo  – chlipnęła Mame. – To może kupię Ci czipsiki, Twoje ulubione? – drążył Tate.-Tak – pociągnęła nosem Mame. – A może jeszcze zamówię shusi i jak dojedziemy do domu to już będzie? – Tak, – coraz bardziej rozbrojona Mame uśmiechnęła się do siebie. – Nie myśl że Ci się uda i zapomnę, ale mogę poczekać aż zjem – na myśl o ukochanym shusi Mame wrócił rezon. Nie odwracając się za siebie, żeby przypadkiem nie rzucić okiem na wstrętnego rurosa, z podniesioną do góry głową i przekonaniem, że nikt na nią nie zwraca uwagi, wyszła z wody i udała się w stronę szatni.

Odprowadzający wzrokiem tę dziwną parę Paweł pomyślał, że kocha swoją pracę, a nuda mu nie grozi. Uśmiechnął się do siebie szeroko i wrócił do patrolowania swojego dzisiejszego rejonu.

 

Cdn….

Wasz Kubuś

 

 

 


Rozmowy z Kotem
  • 55

Dodaj komentarz