Biszkopt z Karmelem. Część trzecia.

Rozmowy z Kotem
  • 133

-Nie będzie mi tu Pani biła żadnego kota, rozumie Pani ? Kota, psa, ani chomika! Samą siebie niech Pani  trzaśnie w łeb, a nie będzie  pastwić się nad słabszymi! Ze mną proszę spróbować, jak jest Pani taka odważna! – wściekła Mame wrzeszcząc na pół miasteczka leciała przez trawnik w stronę wstrętnej sąsiadki, która kopnęła Biszkopta i próbowała dosięgnąć grabiami Karmelkowego grzbietu. – Odsuń się kobieto od tego kota bo nie ręczę za siebie – wysyczała, będąc już w zasięgu ropuchy. – A co Cię to obchodzi gruba babo – odparła pogardliwie sąsiadka i nieświadoma charakteru Mame, zamachnęła się ponownie na próbującego dostać się do miski kota. – Psa muszę karmić, koty muszę karmić, ale ze starymi, grubymi babami nie gadam – gderała sadystka, podnosząc równocześnie rękę z grabiami na wciąż próbującego dostać się do jedzenia Biszkopta.  – Mariolka pojechała sobie na urlop, gości zostawiła, zwierzaki zostawiła, wszystko na mojej głowie – ręka sąsiadki wzięła potężny zamach i pewnym było, że Biszkopcikowi za chwilę stanie się krzywda. Nie dosięgnęła go jednak. Zaciśnięta pięść Mame była szybsza. Imponujący, gnany wściekłością prawy sierpowy błyskawicznie znalazł się na śmiertelnie zdumionej twarzy . Babę obróciło i z wrażenia posadziło na ziemi. Przez krótką chwilę nie była w stanie złapać tchu, ani też dojść, co tu się właśnie wydarzyło. – Owszem, jestem gruba – spokojna jak sfinks osiągający właśnie stan zen, odparła Mame. – Ale lepiej gruba niż głupia – dodała do znokautowanej właśnie wstrętnej baby. -Mówiłam, żeby go Pani zostawiła, następnym razem radzę posłuchać, następnym razem nie będę dla Pani taka miła – dodała złowieszczo i sprawdziwszy, czy koty podeszły do miski i mogą coś zjeść, odwróciła się na pięcie i nie zaszczyciwszy babsztyla ani jednym spojrzeniem, dumna z siebie bardzo udała się do pokoju.

Oglądający jakiś mało zobowiązujący umysłowo film w telewizji, Tate przyglądał się maminej walce w milczeniu. Nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, w szalonej głowie jego małżonki działy się różne rzeczy. O niektórych nie miał pojęcia, o innych bał się myśleć, a jeszcze inne, jak rozgrywająca się przed jego oczyma scena, powodowały wyjątkowe zaciekawienie.  Po pierwszych dochodzących do jego uszu odgłosach uznał, iż Mame targają wielkie emocje. Po kolejnych, upił trochę kawy i przyglądał się już z dużą uwagą. Doszedł do wniosku, że żona jest sto razy ciekawsza od najbardziej nawet emocjonującego filmu, kiedy śpiąca na prawym boku Mame, szamocząc się ze stawiającą opór kołdrą, wzięła potężny zamach, przewaliła się na lewy bok, waląc równocześnie z całej siły w znajdującą się za jej plecami ścianę i wrzeszcząc donośnie coś o biciu kotów. Budynkiem zatrzęsło. Tate westchnął. Dopił spokojnie kawę, wyłączył telewizor i podszedł do siedzącej na podłodze, patrzącej nieprzytomnym wzrokiem na świat Mame, która po pokonaniu wroga poczuła potężny ból i w naturalnym odruchu uciekła od jego przyczyny. Śniąca o dziejącej się kotom krzywdzie Mame spadła z łóżka. – No, – odezwał się łagodnie Tate do podnoszącej ku niemu barani wzrok żony. – No i co Ci ta ściana zrobiła, że próbowałaś ją wyburzyć? – A sprawdziłaś najpierw czy nie jest nośna, o pozwoleniu na budowę nie wspominając – złapał ją za rękę i pomógł wstać. – Auuu- ryk bólu który wydała z siebie przytomniejąca Mame, zawstydziłby jelenia na rykowisku. – Ała, ała, nie ruszaj, boli – stękała, siadając na łóżku. -Jakie pozwolenie, o czym Ty do mnie mówisz, ta ropucha uderzyła kota, no to jej oddałam – satysfakcja przepełniająca Mame przebiła się przez coraz to potężniejszy ból. – Byłaś bardzo dzielna – odparł łagodnie Tate i zaczął  ubierać buty. – A teraz mój mały wojowniku wsadź tę rękę pod zimną wodę, a ja lecę do apteki, bo odnoszę wrażenie, że ściana oddała Ci bardziej niż byś chciała – dodał, pocałował Mame w czoło i poleciał po niezbędne na tego typu urazy medykamenty.

Sytuacja urlopowa przedstawiała się następująco. Właścicielka pensjonatu posiadała dwa koty, psa i sąsiadkę, która, jak się później okazało, była jej ciotką. Mariolka, jako osoba młoda i posiadająca dwójkę malutkich dzieci, również potrzebowała odpoczynku i zaplanowała wyjazd do rodziców  w tym czasie, kiedy Mame i Tate przyjechali do jej pensjonatu. Świadoma obecności cioci – sąsiadki, nie przejmowała się zbytnio gośćmi, ani też swoimi zwierzakami. Zostawiła całe to towarzystwo pod jej opieką, zapakowała drące się dzieci do samochodu i pojechała w siną dal. Miała wrócić za tydzień.Poza poznanymi już kotami, nad obejściem czuwał też pies. Niewielki kundelek imieniem Maks. Jak łatwo się domyśleć, z automatu został przerobiony na Maksia. Ciocia – sąsiadka, osoba nieposiadająca zielonego pojęcia o żywieniu tego towarzystwa, wysypała im pod swoimi drzwiami cały, tygodniowy zapas jedzenia i uznała, że spełniła swoje obowiązki. Nie trudno zgadnąć, że na tę ucztę poczuły się zaproszone wszystkie koty i psy innych sąsiadów i tygodniowy zapas zniknął w jeden dzień. Mame i Tate przejęli zatem obowiązek utrzymania tej trójki przy życiu do czasu, aż wróci ich właścicielka i się nimi zajmie.  Obowiązek był raczej przyjemnością, gdyż zarówno Biszkopt jak i Karmelek odwdzięczali się jak tylko mogli najlepiej. Od razu ustalili plan pobytu. W dzień życzyli sobie patrolować swoje włości i zaraz po śniadaniu znikali gdzieś, w sobie tylko wiadomym kierunku. Kiedy Mame i Tate wracali z obiadu, oba koty czekały już na nich. Najczęściej z prezentami, od których Mame podchodził do gardła zjedzony przed chwilą obiad. Kiedy Biszkoptowi nie udało się przynieść myszy, dzielny Karmelek dumnie prezentował zwłoki jakiegoś ptaszka. Gdy Karmel wrócił z łowów z pustymi łapkami, Biszkopt zadowolony  z siebie i blady oferował, wywleczony skądś rybi szkielet, do połowy zjedzony. Oba koty uznały, że trafili im się wyjątkowi ludzie i dokładały się do gospodarstwa domowego z wielkim zapałem. Noce zawsze wyglądały tak samo. Dodatkowa wersalka w pokoju przeszła we władanie Biszkopta, który układał się na specjalnie dla niego położonym kocyku niczym książę na łabędzim puchu i nie życzył sobie przeszkadzania aż do świtu. W jego pojęciu świt rozpoczynał się około piątej rano i wtedy to Biszkopcik zmieniał pozycję. Przeciągał się w sposób urągający wszelkim zasadom fizyki, ziewał potężnie, zeskakiwał z łoża i energicznym krokiem udawał się w stronę łóżka na którym spał smacznie Karmelek. Troszczący się o brata Biszkopt mył Karmelka tak długo i intensywnie, że jak to koty mają w zwyczaju, wymywał go w końcu z zajmowanego miejsca,  bezceremonialnie uwalał się na nim szybko, żeby przypadkiem nie zdążyło się ochłodzić, po czym, jak gdyby nigdy nic, zapadał w drugi sen. Karmelek, dla którego ludzkie ciepełko w nocy było niezbędnym do spokojnego, zdrowego snu, ustępował zwykle bratu, kręcił się chwilę po łóżku w poszukiwaniu nowego miejsca, znajdował je zawsze w okolicach Tatowego brzucha, przytulał się delikatnie i zasypiał.  Po, mniej więcej pół godzinie, spocony od kota Tate budził się, brał na ręce śpiący grzejnik, zanosił na wersalkę i wracał do łóżka.

Odkąd Mame i Tate przejęli opiekę nad zwierzakami i wszyscy byli z tego powodu szczęśliwi, czas płynął im spokojnie i powoli.  Tak spokojnie, że jak było to do przewidzenia, Mame zaczęło nosić. Na początku jeszcze delikatnie i prawie niezauważalnie, jednakże Tate błyskawicznie rozpoznał, iż skończy się sielanka. Pierwszym symptomem był brak stękania i syczenia, kiedy próbowała robić coś prawą ręką. Na szczęście ściana była w stosunku do Mame wyrozumiała i ani  nie złamała, ani też nie zwichnęła jej ręki. Pokolorowała ją natomiast wyjątkowo obficie i ku przestrodze dodała również wyjątkowo rozległą opuchliznę. Mówiąc krótko, Mame posiadała w miejscu prawej ręki rękawicę bokserską pomalowaną przez Picassa.  Kiedy wiadomym się stało, że nie będzie w stanie nic tą ręką przez jakiś czas robić, jej praktyczna strona osobowości stwierdziła rozsądnie, iż teraz będzie robić wszystko rękoma Tate. -Jakby do tej pory było inaczej – skwitował to Tate pod nosem i z poczuciem pogodzonego z losem człowieka robił wszytko to, czego Mame z ręką w takim stanie robić nie mogła. Czas jednakowoż leczy rany i najintensywniejsze nawet barwy blakną pod jego wpływem. Rękawica bokserska odpływała w dal, Picasso oddalał się wraz z nią i Mame uznała, że już odpoczęli wystarczająco i mogą się gdzieś poszwędać. Zwiedzić coś. Ruszyć tyłki. Mame zamarzyła się wycieczka. Oczywistym  było, iż cel wycieczki miał znaleźć Tate, ona nie zajmowała się takimi drobiazgami. Zajęła się za to przygotowaniem prowiantu, gdyż w zamyśle wycieczka miała być całodzienna. Tate ustalił sam ze sobą dokąd pojadą, Mame zapakowała niezbędne rzeczy do samochodu i dość wczesnym jak na nich rankiem ruszyli w drogę. Po przejechaniu trzystu metrów z bagażnika rozległo się przeraźliwe miauczenie.

-Dobra, już jesteśmy na miejscu, wypuście mnie, ja tu wysiadam, halo, słychać mnie? – darł się z  wożonej zawsze w samochodzie torby, schowany w niej Biszkopt. – Ja nie chcę jechać z Wami na wycieczkę, ja się tu umówiłem, bo zaraz przegapię spotkanie, no zatrzymajcie się  – zaczął się denerwować.  Tate zahamował z piskiem opon. Rzucili się z Mame do bagażnika, z którego wyskoczył otrząsający się, bardzo oburzony Biszkopt.  – Nie sądziłem,  że do Was trzeba tak wrzeszczeć, gardło mnie boli, a tu przy porcie jest impreza, kutry wracają z połowu, nie mogę tego przegapić – odezwał się lekko urażony, dał się pogłaskać i pobiegł ile sił w łapkach w stronę wchodzącego do portu kutra. Mame z Tate popatrzyli na siebie niepewnie. -On nas opieprzał czy dziękował za podrzucenie? – spytała zaskoczona Mame. – Wydaje mi się, że jedno i drugie – odparł równie zdziwiony Tate. – Jak zwał, tak zwał, wsiadaj do auta, jedziemy -zamknął bagażnik i zwrócił się w stronę żony. Mame wyglądała tak, że każdy trup wyglądałby przy niej na opalonego. Nie mogąc wydobyć z siebie głosu, drżącą ręką pokazywała coś w oddali, a oczy próbowały wydostać się jej z orbit. – Uciekaj, na litość Matki Natury, uciekaj  -wydobyła w końcu z siebie głos,  przypominający bardziej skrzek. Tate powoli, jakby w zwolnionym tempie podążył wzrokiem zz jej palcem.

-Poczekajcie, poczekajcie na mnie, Biszkopt, poczekaj, ja też chcę na imprezę, zaspałem trochę, poczekajcie – krzyczał biegnący środkiem drogi Karmelek. – Dlaczego mnie nie zabraliście, a Biszkopta tak? – Ja też czekałem na ten kuter, tam są same dobre rzeczy, rybacy nas częstują, jak też chcę, ja lubię ryby – zapatrzony w wyskakującego z bagażnika Biszkopta, pokazującą coś w jego stronę Mame  i myśląc tylko o czekającej go za chwilę uczcie, Karmelek nie zwrócił uwagi, że z zza zakrętu wyłoniła się pędząca w tym samym co on kierunku wielka śmieciarka.

Cdn…

Wasz Kubuś

 

 

 


Rozmowy z Kotem
  • 133

Dodaj komentarz