Biszkopt z Karmelem. Część druga.

Rozmowy z Kotem
  • 117

Wiesz bracie – odezwał się zziębnięty i mokry, gdyż właśnie zaczęło padać, Karmelek, zeskakując z ławki i stając obok nieustająco wzywającego pomocy Biszkopta. – Wiesz, wydaje mi się, że nikt nie otworzy, a może jeszcze wyjdzie ta wstrętna sąsiadka naszej pani, ta co miała się nami opiekować i znowu rzuci jakimś butem…. Ja się boję, chodźmy stąd, może schowamy się pod samochodem i nikt nas tam nie znajdzie, a przynajmniej nie będzie nam padało na futerko – smutny Karmelek potarł łebkiem główkę brata i skierował się w stronę stojącego na podwórku auta. W tym samym momencie Mame otworzyła drzwi.

– Matko moja Naturo, zagryzę tę babę, – jęknęła, mając na myśli sąsiadkę właścicielki pensjonatu, na widok dwóch trzęsących się z zimna, głodnych zapewne jak diabli na przyjęciu w kościele  kotów. – Zagryzę niewątpliwie, -płaczliwe pociągnęła nosem widząc jak dwie skostniałe, mokre i nieszczęśliwe rude kulki wtoczyły się do pokoju i nie bacząc na nic usiłowały wskoczyć na jedno krzesełko. Nie ze strachu bynajmniej.  Krzesełko znajdowało się dokładnie przy kaloryferze i te nieszczęsne dwie bryłki lodu próbowały zasiąść jak najbliżej gorącego kaloryfera. – Ale to nie teraz, teraz trzeba to ratować – postanowiła dzielnie, wytarła rękawem łzy, które nie wiedzieć czemu znalazły się na policzkach i zabrała się za robotę.

-Zobacz, zobacz, drzwi się otworzyły – zaskoczony Biszkopt zamilkł w pół słowa. Popatrzył na stojącą w progu zaskoczoną, zaspaną i zbierającą się do płaczu kobietę, natychmiast wyczuł swoim kocim węchem że jest to czyjaś Mame i wchodząc do tego pokoju krzywda mu się nie stanie, odwrócił się do brata, wymienili błyskawicznie spojrzenia, myśli i przeczucia, po czym bezbłędne wyczuwając płynące z lewej strony ciepełko, ruszyli w jego stronę. Równocześnie wskoczyli i, jak było to do przewidzenia, równocześnie też wrócili na podłogę po zderzeniu, które nastąpiło.  -Ał, ała – otrzepali się i popatrzyli na siebie ze zrozumieniem. Wiadomym się stało, że razem na tym krzesełku się nie zmieszczą. – Weź je –  bohatersko,  po chwili milczenia odezwał się Karmel. -To dzięki Tobie drzwi się otworzyły, to Ci się należy – dodał, kręcąc się w poszukiwaniu najlepszego miejsca na podłodze. – Ja zagrzeję się tutaj, a Ty sobie tam wygodnie odpocznij, może później się zamienimy –   zwinął się na podłodze w kółko, czujący kojące ciepło Karmelek. Biszkopt popatrzył na brata, rzucił tęsknie okiem na wygodne i mięciutkie krzesełko, po czym bez słowa energicznie umył słuszny kawałek karmelowej dupki i zwinąwszy się dla odmiany w precla, położył obok brata. W cichuteńkim ciszą nocy i brakiem jakichkolwiek innych odgłosów pokoju, rozległy się dwa potężne westchnienia ulgi.

Mame zamurowało. W pierwszej chwili nie wiedziała, czy ma lecieć po ręcznik i wycierać te przemoczone biedactwa, czy przygotować im jakieś posłanie pod kaloryferem, czy też najpierw dać im jeść.  Odczekała chwilę, koty same rozwiązały część wątpliwości, po czym odblokowało ją po zwiastującym wielkie szczęście podwójnym westchnieniu.  Z oczyma pełnymi łez źle się funkcjonuje, wytarła je zatem energicznie, dźwiękiem trąby jerychońskiej wysmarkała nos i ruszyła na pomoc. Zabrała z szafy zapasowe ręczniki, uznała że są zbyt zimne i kotki mogą się wzdrygnąć kiedy ich tym dotknie, rzuciła je na kaloryfer, założyła buty, złapała kluczyki do samochodu i wypadła z pokoju. W samochodzie była torba z niewielkimi miseczkami, zabieranymi w każdą podróż na wypadek, gdyby zachciało im się zjeść musli. Podczas tego wyjazdu jeszcze im się nie zachciało, więc miseczki leżały sobie spokojnie i czekały lepszego losu. Było im najzupełniej obojętne, do czego będą służyć, Mame tym bardziej nie zamierzała się nad tym zastanawiać, więc porwawszy je z samochodu, gnana wiatrem i deszczem wróciła do  pokoju. Sprawdziła ręczniki, uznała że są wystarczająco ciepłe żeby dotknąć te dwa nieszczęścia, uspokoiła oddech i padłszy na kolana przysunęła się do wciąż trzęsących się pod kaloryferem mokrych gości. Biszkopt drgnął i otworzył lekko przestraszony oczy, kiedy coś miękkiego i ciepłego dotknęło jego futerka. Zobaczył tę obcą, nie miał tu żadnych wątpliwości że czyjąś Mame, poczuł delikatne głaskanie miękkim i ciepłym ręcznikiem, naprężył się tak, że aż mu się wszystkie palce rozcapierzyły i doszedł do wniosku, że jest to idealny moment, aby zacząć mruczeć. Ziewnął potężnie i uruchomił warkot. Karmelek drgnął sekundę później niż brat, ale widząc co się dzieje nie przestraszył się nawet, a czekał spokojnie na rozwój wydarzeń. Kiedy obca Mame, a tu Karmelek równie mocno jak brat wyczuwał, że na pewno jest to  czyjaś Mame, skończyła wycierać mruczącego ze szczęścia Biszkopta, Karmelek poczuł na swoim ciałku ciepły i  delikatny ręcznik, który masował go łagodnie od główki poprzez boczek aż do dupki, powtórzył dokładnie ruchy brata z prostowaniem się, prężeniem i ziewnięciem, aż do finalnego uruchomienia wyrażającego niewyobrażalne szczęście mruczenia. Posunął się w tym nawet o krok dalej, kiedy niespodziewanie ręka dotknęła jego uszka i ruchem wciąż delikatnym, acz już mocniejszym, wytarła owo uszko w środku. Karmelkowi odpuściło wszelkie napięcie, zwiotczał nagle i zagruchał.

Siedząca po turecku na podłodze Mame uznała, że futrzaki zaczynają być podobne do siebie, a nawet przestały się telepać, oraz są wystarczająco suche, żeby, jak to w polskich domach drzewiej bywało, można było je w pełni ugościć, innymi słowy mówiąc, żywy kot to głodny kot i należy natychmiast dać im jeść.  – No, – stęknęła podnosząc się z podłogi. Teraz moi drodzy okaże się, jak głęboko udajecie że śpicie – mruknęła rozbawiona, przypominając sobie jak w domu śpiący, a  nawet chrapiący Kubuś potrafi zerwać się na swoje równe trzy łapki i jedną krzywą i pędzić jakby go goniło stado nosorożców do kuchni, kiedy tylko ona albo Tate dotkną puszki z chrupkami. Nie inaczej było w tym przypadku. Mame otworzyła zakupiony cztery dni temu worek z karmą, wsadziła tam rękę celem nabrania chrupek do miseczki i w tym samym momencie, jakby nigdy nie były gdzie indziej, siedziały obok niej dwa piękne rude koty.  – Wiedziałam, – uśmiechnęła się z rozczuleniem, – wiedziałam, przypomniała sobie z biologii systematykę kotów, a że umysł ma giętki i elastycznie dopasowujący się do sytuacji, stworzyła swoją własną, acz adekwatną do sytuacji klasyfikację.  – To będzie szło tak, pomyślała mocno już rozbawiona. Królestwo – władcy świata, gromada – ssaki, rząd – jamochłony, rodzina – sierściuchy, rodzaj – niedościgniony, gatunek – żarłacz rozczulający.  Usłyszała nagle ponaglające miauknięcie, uroniła łezkę za swoją, pozostawioną pod opieką BABCIE trójcą i z pełnymi jedzenia miseczkami odwróciła się do siedzących obok  niej dwóch głodnych posągów. – Proszę, proszę panowie moi cudni, już Wam daję jeść, proszę, tu stawiam, żebyście mogli spokojnie wcinać, no, smacznego i na zdrowie- postawiwszy miseczki, pogłaskała ich po główkach i odsunęła się na bezpieczną odległość, żeby te biedaki mogły spokojnie zjeść.

-Trach, szurrur, szzuu – dotarło do przysypiających już na poważnie kocich uszu. – Szzrrruuu, szzzz – poderwało ich w ułamku sekundy i nagle całe zmęczenie i mokry grzbiet przestały się liczyć. Jednym zwinnym susem oba koty znalazły się obok obcej Mame. – Tylko bądź cicho – udało się mruknąć Karmelkowi do biszkoptowego ucha. – Jesteśmy w gościach, nie możemy jej do nas zrazić, bo może nas wyrzuci, albo nie daj Matko Naturo, czymś nas uderzy? – taktowniejszy i bardziej od brata bojaźliwy Karmelek przejmował się bardzo takimi sprawami. Nie wiadomo, czy subtelnym był od urodzenia, czy buty wstrętnej sąsiadki częściej trafiały w jego grzbiet?  Tego się już nie dowiemy, jednakże takt i subtelność Karmelka z powietrza się nie wzięła. – Dobra, wiem przecież, -mruknął cichutko Biszkopt i mocno trzymając język za zębami usiadł w pełnej wyczekiwania pozie obok brata.  Ignorując rozpacz płynącą z żołądków, rude rodzeństwo wiedziało, że zostanie za chwilę uratowane od głodowej śmierci. – Daj mi jeść – niekontrolowane ponaglenie tonem rozpaczliwym wyrwało się nagle z przerażonego swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem karmelowego pyszczka. Biszkopt błyskawicznie odwrócił w jego stronę głowę, ale jego kochające i troskliwe spojrzenie, które posłał w stronę przerażonego Karmelka, wyrażało tylko współczucie i pełne zrozumienie. – Wiem braciszku, – zamruczał uspokajająco. – Wiem, ja też jestem głody, zaraz dostaniemy, ona nie da nam umrzeć z zimna i głodu, ich wszystkie rzeczy pachną kocimi kuzynami, zobaczysz, będzie dobrze, – pocieszył brata. – Przepraszam, wymsknęło mi się – odparł zawstydzony Karmelek i  w tym samym momencie pod ich nosami znalazły się dwie pełne jedzenia miseczki. Głodne pyszczki zanurzyły się w jedzeniu i na kilka dobrych chwil świat przestał dla nich istnieć.

Mame osłabła z emocji, ale nie pozwoliła sobie jeszcze na odpoczynek. Dopóki koty jadły, mogła przygotować pokój na ich pobyt, bo oczywistym było, że tak długo, jak oni z Tate tu są, tym pięknościom  krzywda się nie stanie. Trzeba trochę poprzestawiać pokój i zwyczaje, bo nie wiadomo jak ustawione są te  kocie zegary. Stanęła na środku pokoju, podrapała się myśląco w głowę, pokiwała do siebie z zadowoleniem i podeszła do łóżka na którym wciąż spał nieświadomy niczego Tate. Odgarnęła prześcieradło ze swojej części, zrolowała znajdujący się pod nim otrzymany od właścicielki koc, przełożyła prześcieradło na swoją część łóżka i przystąpiła do trudniejszej, wymagającej sporej siły fizycznej części swojego planu.  Zaparła się rękoma o tatowe bark i kolano i sapiąc z wysiłku niczym miech kowalski, rozpoczęła proces przeturlania go na drugą połowę łóżka. Tate wierzgnął. Spał sobie smacznie, nieświadom rozgrywających się w pokoju scen i nagłe, mocne przesunięcie go w poziome zachwiało i zaburzyło najmocniejszą fazę jego snu, nienaukowo nazwaną „nad ranem” -Co, co się dziej, co Ty robisz? – wymamrotał, próbując rozpaczliwie pozostać na swoim, cudownie wygrzanym miejscu. – Cicho, nie gadaj, posuń się, bo potrzebuję koc spod prześcieradła wyciągnąć, a wielki jesteś i nie mogę sobie inaczej poradzić. – Ale po co Ci koc – wciąż na śpiąco, ale już tonem człowieka, który w każdej, nawet najbardziej niewłaściwej chwili musi wiedzieć co się dzieje, mamrotał Tate. – Zesikałeś się i nie będziesz spał na mokrym – odparowała bez namysłu Mame. Idź tam i nie zadawaj głupich pytań, chyba że chcesz już wstać – dodała stanowczo, sięgając po ten właśnie, zawsze działający argument. – Nie chcę – stanowczo i zgodnie z oczekiwaniem odparł Tate. Przewalił się na maminą połowę łóżka, zakopał swoją i dodatkowo jej kołdrą, chrapnął chrapnięciem oznajmiającym światu, że zamierza wstać za jakieś cztery godziny i zanurzając się z lubością w objęcia Morfeusza, z którym rozbrajał właśnie jakieś bardzo skomplikowane zagadnienie informatyczne, które Mame kwitowała zwykle określeniem „If babacia, to dziadek”, oddalił się w niczym nie zmąconą krainę snu. Uszczęśliwiona Mame otarła pot  z czoła. Największa i najcięższa przeszkoda w zdobyciu koca została, a raczej sama się usunęła i można było przystąpić do dalszej realizacji planu.  Plan w zasadzie był prosty. Złożony na wielkość dwóch swobodnie leżących kotów koc wylądował pod kaloryferem. W związku z powyższym, znajdujący się w tym miejscu stolik musiał zmienić miejsce i znalazł się bliżej środka pokoju. Zatarasował jednak swobodne dojście do znajdującej się tam dodatkowej wersalki. Mame zastopowało na chwilę to swoiste domino. Pomyślała z westchnieniem, że to dokładnie tak, jak z remontem starego mieszkania. Ruszysz jedno, a za dwa dni jesteś w banku i załatwiasz kredyt, żeby z, daj jeszcze Matko Naturo, otrzymanymi pieniędzmi lecieć do sklepu, gdyż malowanie skrajnego pokoju skończyło się, o ile człowiek miał szczęście, na wymianie, li tylko, dajmy na to sedesu.  Praktyczny umysł Mame znalazł się w swoim żywiole. Biorąc pod uwagę miejsce i okoliczności, jak, nie przymierzając, ryba w wodzie. Uruchomiły się wszystkie czekające w gotowości tryby, oczy w priorytetowym połączeniu z mózgiem wykonały wyjątkową analityczną pracę, po czym zadowolone z efektu, wysłały wytyczne do mięśni. Mame uruchomiło, ruszyło z miejsca i sapiąc, stękając oraz mamrocząc coś o kochającej głupiego robocie, po dobrej pół godzinie przystosowała pokój do niespodziewanie zakwaterowanych w nim dodatkowych gości.

Najedzeni bracia , szczęśliwi jak tylko może być szczęśliwy nażarty kot, któremu podstawiają właśnie kontener jego ulubionego przysmaku, przeczekali to swoiste pandemonium siedząc na łóżku i ze stoickim spokojem przeprowadzając poranną toaletę. Doskonale wiedzieli, że panujący przed ich oczyma chaos tworzony jest na ich cześć i, jako dobrze wychowane koty, nie przeszkadzali w procesie tworzenia. Ponieważ byli również gośćmi, nie zamierzali też i pomagać. Dwa piękne, rude futra robiły to, do czego zostały stworzone. Czekały aż podległe im ludzkie stworzenie skończy swe dzieło i zaprosi je do inauguracji kocich rządów. Ludzkie stworzenie, brudne, zasapane i zapocone jak po przebiegnięciu maratonu, odwróciło się do nich z tryumfem. – Proszę kochani, już Wam zrobiłam posłanie, proszę, proszę, nie krępujcie się, tu jest Wasz kocyk, tutaj miseczki, ufff, ale się zapociłam i zmachałam, no, to Wy się zajmijcie sobą, a ja idę pod prysznic – przerywanym sapaniem głosem mówiła w tym czasie Mame. Zabrała domowe ubrania, zamknęła się w łazience i po piętnastu minutach, wciąż zmęczona, ale już czysta i pachnąca, wyszła z łazienki. Po dwóch kulkach nieszczęścia nie było śladu. Na kocu pod kaloryferem leżały przecudnej urody dwa rude, dorodne i najedzone koty. Mame podeszła do nich wzruszona, pogłaskała obu i doszła do wniosku, że minęła dopiero siódma rano.  Nie było takiej siły, która postawiłaby Tate na nogi, więc Mame dość rozsądnie postanowiła, że nie będzie go jeszcze budzić, ale że właściwie już się ubrała to  za nic w świecie w ciuchach do łóżka się nie położy. Pogratulowała sobie w duchu, że z domu zabrali własne koce którymi tutaj słali łóżko, zabrała oba z fotela,  zwinęła jeden  na kształt rulonu i położyła na dodatkowej wersalce. Z westchnieniem i stęknięciem położyła się na kanapie i z lubością przykryła drugim. Rozluźniła zmęczone mięśnie i zamknęła oczy.  Po chwili jej twarzy dotknęły kocie wibrysy i usłyszała koci oddech. Z wysiłkiem otworzyła oko. Nad nią stał Biszkopt. – Chce mi się siku i musisz mnie wypuścić – odezwał się, jak tylko zauważył u niej oznaki przytomności. Mame niepewnie rozejrzała się po pokoju. Dotarło do niej co się działo o poranku, a teraz zobaczyła jednego z kotów, który wyraźnie czegoś od niej chciał. Z wysiłkiem uniosła się na wersalce. – Wstała? – spytał stojący już pod drzwiami Karmel – Mówiłeś jej, że musimy wyjść? Ja chcę kupę, nie wytrzymam dłużej, a tutaj przecież nie zrobię – dodał. Mame wstała. Dwa kręcące się pod drzwiami i miauczące koty oznaczały jedno. – Już kochani, już Was wypuszczam, pewnie chce się Wam do toalety – odezwała się, zakładając kapcie i podchodząc do drzwi. Przekręciła klucz, otworzyła je szeroko i po chwili widziała już dwie rude dupki, lecące sprintem w stronę krzaków. Świadoma swojego losu i faktu, że jak tylko się położy i zamknie oczy, oba sierściuchy natychmiast wrócą i będą się darły pod drzwiami, stała tak dziesięć minut i czekała. Przeczucie jej nie myliło. Zadowolone z życia koty wyszły z krzaków i jak po sznurku skierowały się w jej stronę. Nikt nic nie mówił. Mame w ciszy otworzyła im drzwi, koty w ciszy skierowały się w stronę kocyka pod kaloryferem, a ona z powrotem na wersalkę. Po kilku sekundach całe to towarzystwo smacznie spało.

Tate obudził domagający się uwagi pęcherz. Przeciągnął się leniwie, odwrócił w stronę żony i stwierdził z zaskoczeniem że jej nie ma. Po chwili uznał, że pewnie poleciała na swój poranny spacer nad morze i zaraz wróci z ciepłymi bułeczkami na śniadanie, jak to zwykle na urlopie bywa. Wstał z łóżka i oczom jego ukazał się zgoła odmienny od wczorajszego widok. Cały pokój poprzestawiany, pod kaloryferem leży ładnie złożony pusty koc, stół, krzesła i fotel zamieniły się miejscami z wersalką, na której to leży po domowemu ubrana Mame, a w jej nogach dwa wielkie, rude futra, w których rozpoznał koty właścicielki. Bułeczkami w pokoju nie pachnie. Tate podrapał się w głowę, uznał, że pęcherz ma pierwszeństwo, poleciał do łazienki żeby mu ulżyć i całkiem już przytomny z  tej łazienki wyszedł. Popatrzył chwilę wokoło, uśmiechnął pod nosem gdyż efekt końcowy mówił wszystko o dziejących się tu wcześniej wydarzeniach, podszedł do wersalki, podniósł leżący na podłodze koc, przykrył wypięty na cały świat  maminy zadek, pogłaskał dwa rude koty i doszedł do wniosku, że finał zna, a szczegółów dowie się, kiedy Mame wstanie. Ubrał się cichutko i poszedł do piekarni do bułeczki na śniadanie.

Cdn…..

Wasz Kubuś

 

 


Rozmowy z Kotem
  • 117

Dodaj komentarz