Grzyby, część czwarta, ostatnia.

Rozmowy z Kotem
  • 82

-Jasna dupa zielonego jeża, co za piekielna skleroza, kiedyś głowy zapomnę – myślała ponuro Mame, kiedy po dziesięciu minutach spotkała na swojej drodze drzewo, które absolutnie, ale to bez dyskusji musiała sfotografować i w tym właśnie momencie odkryła, że zapomniała aparatu. -To wszystko przez niego, buntować mu się zachciało, też se porę znalazł, -mamrotała gniewnie myśląc o Tate, zawracając w miejscu i gnana troską o swoją ukochaną zabawkę, leciała do grzybodajnego raju w którym na pieńku spoczywał był samotnie aparat.  – Buntować się też trzeba umieć, -nakręcała się coraz bardziej głodna i zasapana. – Jakby w domu, przy czymś dobrym do jedzenia i ciepłej herbatce wyłuszczył, o co mu chodzi, to może byłabym skłonna go wysłuchać. – Ha, ha , -roześmiała się do siebie w przypływie szczerości, -Usłyszeć, to nawet bym i usłyszała , co też ciekawego ma do powiedzenia, prze tyle lat to nawet się chłopak wyrobił, coraz fajniejsze awantury mogę mu robić, ale żeby od razu posłuchać? Nie, zdecydowanie nie, -uśmiechnęła się pod nosem na myśl o wijącym się jak boa w kisielu Tate, który z uporem godnym lepszej sprawy przedstawia swoje rzeczowe argumenty i nawet ładnie je uzasadnia, więc  miło się go słucha. Ale posłuchać? Nie, zdecydowanie nie! – Rozbawiona wizją Tate w ciele boa w wiśniowym albo cytrynowym  kisielu, nie wiedząc kiedy dotarła do pieńka, z ulgą odkryła że pozostawiony samemu sobie aparat leży tam, gdzie go zostawiła, a nawet tęskni za nią, podniosła go, troskliwie wytarła z leśnych paprochów i odetchnąwszy głęboko doszła do wniosku, że czas najwyższy powiedzieć Tate, co sądzi o jego z góry skazanych na niepowodzenie próbach udowodnienia swoich racji, które powodują, tak jak w tej właśnie chwili jej dyskomfort.  Głodna i zniecierpliwiona po raz drugi ruszyła wytyczoną jej przez opatrzność drogą.

Nieświadom zbliżających się kolejnych wyrzutów ze strony małżonki Tate,  samodzielnie próbował wydostać zaklinowaną w korzeniach nogę. Ból i pulsowanie w kostce zaczęły doskwierać mu coraz bardziej i z każdą chwilą zaczynał zdawać sobie sprawę, że, albo jakimś cudem Mame przyplącze się w tę okolicę i go znajdzie, albo będzie musiał dzwonić po pomoc. Sytuacja z każdą chwilą robiła się coraz mniej ciekawa, noga puchła, Mame ni widu ni słychu, a na dodatek, zapewne dla podniesienia dramatyzmu owej chwili zaczął padać deszcz.  – Ugrzązłem, -pomyślał ponuro Tate, ugrzązłem i sam nie dam rady, ale nie poddajemy się jak mawia moja nieobecna aktualnie małżonka, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Jeżeli w ciągu piętnastu minut na horyzoncie nie pojawi się Mame lub też ktokolwiek inny, będę musiał zadzwonić po pomoc – stwierdził rezolutnie i nabrawszy powietrza w płuca, rykiem godnym jelenia na rykowisku, konkurującego z okrętową syreną zaczął wzywać pomocy.

Coraz bardziej zniecierpliwiona i głodna Mame z każdym krokiem zbliżała się w stronę Tate. W głowie miała ułożone już przepiękne oraz płomienne przemówienie na temat jego nieodpowiedzialnego zachowania, którym to uraczy narowistego Tate i szła teraz lekko nieobecna, gdyż dopracowywała szczegóły przemowy.  Nie od razu dotarły do niej rozpaczliwe i gromkie okrzyki.  Zajęta przemową głowa i szum coraz bardziej padającego deszczu skutecznie blokowały jego wrzaski. Dopiero po dłuższej chwili oprzytomniała na tyle, żeby rozglądnąć się uważnie, dokładnie usłyszeć dobiegające z boku ścieżki ryki, skojarzyć że niesione są tatowym głosem i po sekundzie zastanowienia ruszyć w jego stronę. Tate wrzask o pomoc ugrzązł w gardle, kiedy usłyszał dobiegające od strony ścieżki, dudniące kroki. Mame, blada z oczyma jak blacha na pizzę, wpadła zza krzaczka wprost w aktualną siedzibę swojego męża. Zamarli w tej samej sekundzie, każde z innego powodu. Oklapnięty z sił, mokry i obolały Tate ze szczęścia że Mame go znalazła i czego by o niej nie mówić zaraz znajdzie wyjście z sytuacji, a jego położenie właśnie diametralnie się zmieniło i Mame, która zobaczywszy w jakim to stanie znajduje się jej nieporadny małżonek, o którego trzeba się troszczyć, dbać i pilnować, gdyż, pomimo przekroczonej kilka lat temu czterdziestki,  puszczony samopas zawsze wykombinuje coś nieodpowiedzialnego i trzeba go jak dziecko za rękę prowadzić. Co prawda Mame,  nie wiedząc jeszcze w jakim położeniu znajdzie zbuntowanego męża, nabierała już powietrza w płuca, żeby pełną, gnaną głodem  piersią oznajmić mu, co sądzi o nim samym i jego nagannym postępowaniu, jednakże na ukazujący się jej oczom widok, głos jej w gardle zamarł. Z automatycznego trybu „wiecznie jestem z Ciebie niezadowolona i wkurzasz mnie niebotycznie”, w mgnieniu oka przełączyła się na opcję ” No już, już, już jestem, nie masz się o co martwić, zaraz się Tobą zajmę i coś wymyślę”. Przerażona, bez słowa dopadła leżącego na ziemi, mokrego Tate, pozwoliła pocałować się w policzek który od razu, automatycznie wytarła i bez trudu znalazłszy przyczynę aktualnego położenia małżonka, rzuciła się do blokującego mu nogę wielkiego korzenia. Po kilku bezowocnych próbach, zasapana jak ciuchcia próbująca wjechać na Kasprowy, odsunęła się od pniaka, usiadła obok Tate i głosem nie pozostawiającym wątpliwości co do spełnienia wypowiadanych nim słów stwierdziła – Ty tu sobie spokojnie leż, zabiję Cię później, daj mi się tylko napić i zaraz Cię wyciągnę. Mam plan. Osłabły z ulgi Tate po usłyszeniu owej deklaracji osłabł jeszcze bardziej. Doskonale znający swoją żonę wiedział, że jakiekolwiek próby racjonalnego wyjaśnienia jej, jak on by to zrobił, spłyną po niej jak deszcz  po tłustej gęsi. Wiedział, że ona zrobi wszystko, żeby go wyciągnąć, ale nie miał też najmniejszych wątpliwości, że z wśród wszystkich możliwych rozwiązań wybierze takie, przy którym się najbardziej zasapie.

-Gdzie jest samochód?- spytała w tym samym czasie, tonem realizującego swoje zadanie przywódcy Mame. – Zostaniesz tu jeszcze przez chwilę sam, na tym krzaku tu przy drodze zostawiam Twój plecak żebym od razu trafiła, masz tu moją koszulę, przykryj się bo cały zmarznięty jesteś, no gdzie ten samochód pytam, czasu nie ma, muszę Cię jakoś stąd wydostać – dodała tym samym tonem i po wyjaśnieniu jej przez Tate, że samochód znajduje się około pięćset metrów od nich, na końcu ścieżki z której do niego zeszła, bez słowa, jakby ją martwiąca się o swoje dzieci locha goniła, pognała w stronę auta.

Widok gnającej przed siebie Mame wzruszył Tate niezmiernie. Pamiętny jej opowieści o przyczynach, dla których Mame porusza się dostojnie, uśmiechnął się nagle, cały rozpromieniony i całkiem spokojny o swój los doszedł do budującego dlań wniosku – Czego by cholera nie mówiła i jak bardzo unikała tematu, to jednak mnie kocha.  Powód dla którego Mame nie biega, jak również nie podbiega do autobusu czy tramwaju jest prosty, a umiejscowić go należy w jej szkolnych czasach. Mame chodziła do podstawówki, która była połączona pięknym boiskiem z inną szkołą. Na końcu owego boiska, za bieżnią do skoku w dal, znajdowała się wycięta przez uczniów starszych klas dziura, przez którą  uczniowie obu szkół wizytowali  pożądany przez siebie warzywniak. W owym warzywniaku zaś, wśród kiszonej w beczce kapusty i innych ziemniaków, miła właścicielka sprzedawała oranżadę w woreczkach i gumy balonowe w kulkach. Obecność dwóch szkół powodowała, iż te akurat artykuły znajdowały się w sklepiku zawsze, a właściwa organizacja pracy pozwalała obsłużyć bandę spragnionych głodomorów tak, żeby zdążyły wrócić na lekcje. Równoczesna obecność dwóch tysięcy dzieci na jednym boisku wymusiła na dyrekcjach szkół logistyczne rozwiązanie polegające na takim ułożeniu zajęć w swoich placówkach, że przerwy w sąsiedniej szkole zaczynały się w momencie zakończenia przerwy w maminej. Pewnego dnia w warzywniaku było wyjątkowo dużo dzieci i Mame, wraz ze swoją przyjaciółką usłyszały wzywający na lekcję dzwonek w momencie płacenia za oranżadę. Zdawały sobie sprawę że nie zdążą przed nauczycielką, ale w celu zminimalizowania spóźnienia, wypadły ze sklepiku po zapłaceniu,  jak rakiety z kosmodromu i na oczach wychodzących na przerwę uczniów z sąsiedniej szkoły leciały na lekcję. W pewnym momencie Mame poczuła coś bardzo dziwnego. Z niewiadomych przyczyn jej kadłub postanowił oddzielić się od reszty ciała i minimalnie przyspieszył. Nogi twardo trzymały swoje tempo, ale z racji przebiegnięcia już sporej odległości poczęły zwalniać. Ta różnica wystarczyła, żeby nasza biedna Mame, dziewczynka w owym czasie bardzo nieśmiała i jeszcze bardziej zakompleksiona, runęła jak długa i szorując brzuchem po ziemi, zaprezentowała w pełnej krasie przed znajdującą się właśnie na boisku drugą szkołą swoją klęskę. Krótkofalowy efekt był taki, iż do szkoły została zaproszona znana już Wam przyszła BABCIE i poproszona o zabranie do domu brudnej i zakrwawionej Mame. Długofalowy efekt był łatwy do przewidzenia. Po zrobieniu z siebie niezamierzonej sensacji, upokorzona Mame postanowiła, że biegać już nigdy nie będzie. Żeby miał jej ucieć ostatni autobus, tramwaj, a nawet pociąg, żeby miała iść dziesięć kilometrów na nogach, nie narazi się  już na takie pośmiewisko.

Tym bardziej spokojny o swój los, wzruszony Tate, czekał na pędzącą w stronę samochodu żonę. Zaciekawiony nawet rozważał, co też jej do głowy wpadło i jak będzie przebiegała akcja ratunkowa. Znając Mame, mogło to być wszystko. Tym razem wszystko przybrało postać ryczącego silnikiem, zbliżającego się tyłem z prędkością przewidzianą raczej dla trzeciego, niż dla wstecznego biegu, ich absolutnie nie terenowego samochodu. Ponieważ Mame nie była w żadnym razie w stanie ruszyć pniaka, doszła do bardzo słusznego wniosku, że samochód ma od niej więcej siły i na pewno sobie z tym pniakiem poradzi, a poza tym, obolały Tate znajdzie się od razu w ciepłym i suchym samochodzie i nie będzie musiał do niego kuśtykać. Podczas gnania po auto Mame nie odpuściła sobie rozmyślań, co też zrobi Tate, kiedy będzie już bezpieczny, ale postanowiła poczekać. Żadna przyjemność z ukatrupienia uszkodzonego Tate, poczeka aż wydobrzeje i wtedy swoją pięknie ułożoną przemowę wyleje mu jak kubeł zamarzniętej wody na głowę. A potem jeszcze raz i jeszcze i jeszcze….

Teraz jednak ważniejszym było wyciągnięcie Tate i hamująca gwałtownie Mame potrzebowała się skupić na zadaniu. Zatrzymała samochód w malowniczo wypełnionym wodą zagłębieniu w ścieżce, dopadła bagażnika, nie bez wysiłku wydobyła z niego linkę holowniczą i przy stracie tylko dziesięciu minut oraz dwóch paznokci przymocowała ją do pniaka. W przelocie i lekką satysfakcją pomyślała, że na całe szczęście nie posiada sztucznych paznokci, bo szlag by ją niewątpliwie trafił, a swoje i tak ma wiecznie połamane, więc i tak większej straty nie ma. Ponieważ większość działań Mame robionych jest przez nią z rozmachem, tak i to miało wszelkie jego  znamiona  niczym  wystąpienia The Rolling Stones podczas trasy koncertowej. Tutaj jednak doszły do głosu pozostawione przez Matkę Naturę, kurczowo trzymające się Mame śladowe, ale jednak, resztki zdrowego rozsądku. Po namyśle doszła do wniosku, że nie może szarpnąć autem i wyrwać korzeń tak, żeby co najmniej wzbił się w powietrze, gdyż może zrobić Tate większą krzywdę niż teraz.  Wsiadła do samochodu i bardzo powoli jak na nią ruszyła. Z zaskoczeniem stwierdziła, że nic się nie dzieje. Tate też nie wydawał odgłosów ulgi i ewidentnie wiadomym było, że coś tu nie gra. Stropiona Mame podrapała się w głowę, pomyślała chwilę, po czym wysiadła z samochodu, podeszła do bagażnika, podniosła leżącą luzem linkę i nie bacząc na znajdujące się pod samochodem błocko padła na kolana i przymocowała ją do auta. Drugie podejście było zdecydowanie tym właściwym. Ostrożnie ruszając do przodu, gratulując sobie w duchu wjechania do lasu tyłem i uniknięcia ekwilibrystycznych ruchów samochodem na wąskiej ścieżce, powoli i delikatnie pociągnęła korzeń tak, że nie czynić Tate już żadnej więcej szkody,  uwolnił go spod swojego ciężaru. To nie był jeszcze czas na świętowanie, aczkolwiek oboje odetchnęli z ulgą. Mame wypadła z samochodu, nie bez wysiłku pomogła sporo wyższemu od siebie Tate wstać i pokuśtykać do samochodu, zabrała wszystkie ich rzeczy i po upewnieniu się, że żadne aparaty, bluzy czy inne plecaczki nie będą wymagały powrotu do lasu, traktując własne auto niczym czołg na poligonie, wśród dziur, korzeni i innych niespodzianek znajdujących się zwykle na leśnych drogach, z impetem wpadła na mającą dużo wspólnego z cywilizacją drogę i nie zastanawiając się nad ewentualnymi konsekwencjami swojej jazdy, pognała do najbliższego szpitala.

Najbliższym okazał się znajdujący się w rodzinnej miejscowości Tate, niewielki szpital. Cuda mają to do siebie, że rzadko się zdarzają, ale w tej właśnie chwili rzeczony cud właśnie się stał. Miał postać dyżurującego w tym szpitalu lekarza, prywatnie kolegi naszego Tate, mieszkającego drzwi w drzwi z jego rodzicami. Tate trafił pod fachową opiekę, przyjęty niczym sułtan w podróży zagranicznej.  Kostka okazała się skręcona, żadnych innych, poza lekkim wyziębieniem szkód Tate nie doznał i po opatrzeniu został wypuszczony do  czekającej na korytarzu Mame. Oboje mieli wyjątkowo dość tego grzybobrania. Postanowili bez chwili wahania podjechać do rodziców Tate i nie wracać już w tym dniu do domu. Tate potrzebował się położyć, a Mame zażyć lekarstwa na migrenę i zjeść placka, który niewątpliwie znajdował się u teściowej w kuchni.  Kiedy weszli do rodziców i po obowiązkowych okrzykach typu „jezus mario co Wam się stało”, oraz opowiedzeniu atrakcji dnia usłyszeli słowa, po których zgodnie oboje jęknęli – wódki! Otóż mama naszego Tate, po zbadaniu syna i upewnieniu się że nic mu nie jest, z rezygnacją w głosie stwierdziła – A ja miałam do Was wieczorem dzwonić żebyście na sobotę przyjechali, bo byli my  już z tatem na grzybach i zebrali tak dużo, że mamy dla Was trzy  kilo już przygotowanych, już ususzonych. My przecież wiemy, że jak Wy gdzie razem jedziecie, to nigdy nie wiadomo dokąd dojedziecie. Nie chcieli my się o Was martwić…

Cdn…

Wasz Kubuś

 

 


Rozmowy z Kotem
  • 82

Dodaj komentarz