Perełka. Część druga, ostatnia.

Rozmowy z Kotem
  • 107

Serce Jadzi pękło, rozpadło się na miliony kawałków i po trwającej chwilę wieczności, zebrało wszystkie rozrzucone rozpaczą kawałki, by scalić je ze sobą i zamienić w bryłę. Utrata najukochańszej Laleczki, jej maleńkich dzieci i świadomość czynu męża potwora, to było dla tej nieszczęsnej kobiety za dużo. Tylko fakt, że ma dzieci i wnuki i liczy, że kiedyś je zobaczy, oraz cudem ocalałe kociątko Laluni, przepiękna Perełka powodowały, że skamieniałe serce Jadzi, gdzieś bardzo, bardzo głęboko wciąż biło, wciąż tliło się nadzieją na lepszy los. Od momentu oddania Zosi Nowakowej  Perełki, Jadzia stała się innym człowiekiem. Wróciła na swoje podwórko, złapała opartą o drzwi komórki szuflę i z zaciętym wyrazem twarzy weszła do domu.

Ból przyćmił zdrowy rozsądek i tę spokojną kobietę wypełniło uczucie nienawiści i chęć zemsty. Z mocnym postanowieniem, że musi coś zrobić, z niejasną myślą że za bardzo nie wie co to ma być, ze wszechogarniającym poczuciem, że nie zniesie więcej męża tyrana i sadysty, z kurczowo trzymaną w ręku szuflą,  wpadła z impetem do dużego pokoju. Lecha nie było. Zaskoczona tym faktem Jadzia, dostrzegła jednak ślady bytności męża. Wyrwane drzwiczki kredensu, przewrócony stoik i połamana klawiatura wyraźnie wskazywały, że panem domu targały silne emocje. Stan w jakim się znajdowała, pozwolił na obojętne rzucenie okiem na zniszczenia. Weszła do pokoju, odruchowo podniosła stolik i wyrwane drzwiczki, oparła je o kredens, popatrzyła na zdewastowaną klawiaturę i  zaciskając silniej łopatę w dłoni, ruszyła na poszukiwania. Znalazła go w drewutni. Na jego widok przepełniające ją uczucie nienawiści i chęć zemsty eksplodowały. Całe życie z tym potworem przeleciało jej przed oczyma, furia dodała się i podnosząca do góry szpadel Jadzia ruszyła w jego stronę. Po trzech krokach stanęła jak wryta. Lech spał.  W drewutni miał on swój warsztat do majsterkowania. Po lewej stronie pod oknem, stał duży, solidny stół. Nad nim, na ścianie, w równych rządkach wisiały niezbędne mu do pracy narzędzia. Pod nim, zawsze zamknięte na klucz, stały dwa kontenerki z niezliczoną ilością szuflad. Teraz jedna z szuflad leżała na podłodze. Oparty o blat Lechu spał w najlepsze. W rękach trzymał niewielkie pudełko, a twarz opierał o coś kolorowego. Jadzię zamurowało.

Sadystyczny, zacięty w sobie potwór, leżał z twarzą mokrą od łez na rozpoznanym właśnie przez Jadzię kolorowym kocyku młodszej córki Zuzanny.  W pudełku, tak kurczowo przez niego trzymanym, znajdowały się pamiątki po córkach. Oprócz ukochanego kocyka Zuzi, na blacie pełno było zaginionych zdjęć dziewczynek. Pamiątki z chrztu, pierwsze dni w szkole,  wspólne ze świat,  pod choinką.  Jadzia opuściła szpadel. Wszystkie, przepełniające ją niszczycielskie emocje opadły i błąkająca się gdzieś z tyłu głowy myśl o zatłuczeniu tego potwora i uwolnieniu się od jego tyrani, rozpłynęły się niczym poranne mgły po wschodzie słońca.  Popatrzyła na męża zupełnie innym wzrokiem. Zobaczyła przed sobą starego, nieszczęśliwego , samotnego w swym zacięciu pijaka, którego postępowanie i skamieniałe serce spowodowały, iż życie ich rodziny potoczyło się w taki, a nie inny sposób. W jednej sekundzie zrozumiała, że, ten potwór w głębi duszy jest ojcem, który kocha swoje dzieci, tęskni za nimi, ale wypełniające go zaciętość i bezkompromisowość, nie pozwalają przebić się pokorze i przyznać, że popełnił błąd.

Ludzkie serce wiele potrafi znieść i wybaczyć. Jednakże bywa i tak, że latom bólu, upokorzeń i tęsknoty wystarczy jeden gest, jedna chwila czy zdarzenie, żeby, jak przysłowiowa wisienka na torcie, zamknąć się na szlachetne odruchy i przepełniające ogromem emocji serce, zamknąć na zawsze już pustką i obojętnością. Tak też było i w tym przypadku. Jadzia opuściła szuflę, podniosła z podłogi zdjęcia roześmianych dziewczynek, położyła na blacie i nie oglądając się za siebie, wróciła do domu. Nie bacząc na nic, z granitową wręcz pewnością, że wie co robi, podeszła do telefonu i wystukała numer starszej córki. -Diana? – odezwała się spokojnie, gdy tamta odebrała telefon. – Diana, córeczko, zgadzam się, słyszysz, zgadzam się, przyjadę do Ciebie, tylko musisz mi pomóc, bo nie bardzo wiem jak mam to zrobić – nagła bezradność w jej głosie odblokowała nie dowierzającą temu co słyszy, Dianę. – Mamusiu, – jęknęła momentalnie zalana łzami córka.- Mamusiu, o nic się nie martw, ja wszystko załatwię, Krzysztof Ci pomoże, pamiętasz, ten mój kolega, który podłączył Ci komputer. Czy ma przyjechać po Ciebie? Czy potrzebujesz jakiejś pomocy? Coś zorganizować? – coraz bardziej nieskładnie mówiła rozgorączkowana Diana. – O niczym nie musisz myśleć, ja zaraz wszystko załatwię. – Dziecko kochane, zabierz mnie stąd – zdołała wyszeptać Jadzia i zalała się łzami. Po drugiej stronie globu Dianę opętał amok. Niepomna na nic, zadzwoniła do Krzysztofa, naświetliła z lekka sytuację i poprosiła o pomoc. Równocześnie uruchomiła laptop i rozpoczęła poszukiwania najbliższego lotu z Polski do Australii. Niezawodny Krzysztof, bez zadawania zbędnych pytań, w ciągu godziny zapukał do Jadzinych drzwi. Kiedy nikt mu nie otworzył, nacisnął zdecydowanie klamkę i wszedł do środka.  Matka jego przyjaciółki siedziała zapłakana i bezradna za stołem w kuchni, trzymając wciąż telefon w ręku. Krzysztofem szarpnęło współczucie. Podszedł do Jadzi, wyciągnął słuchawkę z ręki i bez słowa objął kobietę ramionami i mocno przytulił. – Wszystko wiem, pomogę Pani się spakować, proszę tylko powiedzieć, co chciałaby Pani zabrać i pojedziemy do mnie. Tutaj Pani nie zostanie, nie pozwolę na to. Otępiała Jadzia kiwnęła głową. Zabrała go do sypialni, spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i po godzinie opuściła dom w którym przeżyła całe swoje życie i do którego miała  już nie wrócić.

-Krzysiu, – odezwała się nagle tuż przy samochodzie. – Krzysiu, poczekaj chwilkę, ja muszę się z kimś pożegnać – dodała i nie czekając na odpowiedź, skierowała się w stronę domu Zosi Nowakowej.  – Zosieńko, – odezwała się cicho, kiedy ta otworzyła drzwi. – Zosieńko, wyjeżdżam, przyszłam się pożegnać, jadę do Diany – wyjaśniła zdumionej Zosi. – To co on  zrobił z moją Laleczką i jej dziećmi, to dla mnie za dużo.  Chciałam się z Tobą pożegnać, ale chciałam też zobaczyć Perełkę, dotknąć maleńką, to prawie tak, jakbym pożegnała się z moją Laleczką, pozwolisz? Oszołomiona Zosia kiwnęła głową i nic nie mówiąc wpuściła Jadzię do środka. Maleńka Perełka leżała w stojącym w kuchni kartonie. Śpiąca kruszynka, zawinięta była w precelka, a łapkami obejmowała ślicznego pluszowego krokodylka. – Ona bardzo płakała kiedy ją przyniosłaś, więc dałam jej  tego pluszaka i trochę się uspokoiła, a potem zasnęła – odezwała się w końcu Zosia. -Miałam właśnie pojechać do sklepu i kupić jej coś do jedzenia – dodała niepewnie, nie wiedząc, czy Jadzi nie będzie to przeszkadzało. – Dziękuję Ci Zosiu za wszystko, – odezwała się wzruszona Jadzia. – Dziękuję i pamiętaj, obiecałaś, obiecałaś znaleźć jej dom – popatrzyła przyjaciółce głęboko w oczy, uściskała ją mocno, delikatnie pogłaskała Perełkę po główce i zalewając się łzami, pobiegła do czekającego przy samochodzie Krzysztofa.  Nie mówiąc do siebie ani słowa, wsiedli do auta i odjechali.  Pięć dni później, zesztywniała i zmęczona po długim locie kobieta, wzięła swoją starszą córkę w ramiona. Męża tyrana nie spotkała już w swoim życiu, nie przyjechała też na jego pogrzeb.

Zosia za wszelką cenę starała się dotrzymać złożonej obietnicy. Zaangażowała córkę, obdzwoniła znajomych i z wielkim entuzjazmem szukała Perełce domu. Koteczka, piękna i delikatna, miała wielu chętnych. Córka zaangażowała się równie mocno co matka i w domu Zosi co rusz pojawiali się potencjalni rodzice adopcyjni. Z każdymi jednak było coś nie tak. To warunki jakie mieli nie odpowiadały Zosi, to nie podobał jej się potencjalny Tate, to zgrzytu zębów dostawała na widok kandydatki na Mame. Zosia przebierała, grymasiła, odrzucała i przeganiała na cztery strony świata wszystkich zgłaszających się po Perełkę ludzi, aż w którymś momencie dotarło do niej, że nikt nie jest godny Perełki, że nie odda tej cudownej istotki nikomu na świecie. Zosia zakochała się na zabój. Ulżyło jej niesamowicie i z wielką ulgą zaprzestała poszukiwań.

Perełka miała z nią rajskie życie. Zosia nie miała takich problemów jak Jadzia, mąż był człowiekiem prostym acz rozumnym i nie przeszkadzało mu, że w domu zamieszka kot. Lubił nawet usiąść wieczorem w fotelu i bawić się z pluszową kuleczką, która z każdym dniem coraz bardziej rosła, jadła i dokazywała. Perełka, jak większość wiejskich kotów, była kotem domowo-podwórkowym. Kiedy podrosła na tyle, że domowy metraż wydał się zbyt mały i z wielką zaciętością drapała w drzwi wejściowe i głośno domagała się ich otwarcia i wypuszczenia jej na zewnątrz, Zosia postanowiła ją wypuścić. Na początku ostrożnie, pilnując kotki jak oka w głowie, potem coraz śmielej, aż w końcu, widząc jak Perełka obejmuje w posiadanie całe podwórko, jak chodzi, bada, dogląda i anektuje coraz to nowsze tereny, pozwoliła jej na całkiem samodzielne wyprawy. Perełka była w siódmym niebie. W dzień doglądała swoich włości i spała sobie smacznie na pieńku do rąbania drewna, z którego miała doskonały widok na podwórko. Wieczorem wracała do domu i jako kot odpowiedzialny za swoją rodzinę i kochający Zosię nad życie, przynosiła swój wkład w gospodarstwo. Łowna i skoczna ponad miarę, kładła z dumą swoje zdobycze na progu domu, oczekując słusznej nagrody. Wszystkie te myszki i ptaszki które nie miały w życiu szczęścia i padały ofiarą Perełki, Zosia przyjmowała z okrzykami zachwytu nad zdolnościami swojego słoneczka. Perełka, chwalona pod niebiosa, karmiona przysmakami i uwielbiana na każdym kroku, żyła sobie beztrosko tak, że każdy pączek w maśle mógłby być zazdrosny.  Sielski żywot Perełki zaburzyło na czas jakiś, bez długofalowych skutków,  spotkanie z przystojnym kocim albinosem o burym ogonie i łatce w kształcie serduszka na boku. Przystojny białas, wiejski kocur o silnym charakterze, uwiódł Perełkę i po krótkim, acz burzliwym romansie porzucił na rzecz innej. Efektem upojnych marcowych nocy i darcia się kotów na trzy wsie dookoła, były trzy maleńkie, bielutkie jak tatuś  i z burymi ogonkami słoneczka. Zosia nie kastrowała Perełki wcześniej, gdyż w jej oczach wciąż była kocim dzieckiem, maleństwem jej ukochanym i widok pęczniejącego z każdym dniem kociego brzucha napawał ją zdumieniem. Z racji posiadania córki, która sama miała dwa koty i stosowną wiedzę, Zosia przychyliła Perełce nieba i w stosownym czasie, w nocy, w fotelu męża Zosi, gdyż ten właśnie mebel Perełka uznała za najlepszy dla tego celu, kotka urodziła swoje maluszki. Zosi serce podeszło do gardła, łzy szczęścia pociekły po policzkach i poczuła rozpierającą ją dumę, którą tylko babcie są w stanie zrozumieć. Jej Perełka, jej wychuchane cudo najpiękniejsze na świecie, została mamą!

Wyedukowana przez córkę Zosia wiedziała, że nie można dopuścić do kolejnych porodów Perełki. Maleńkie kotki są przesłodkie, urocze i można na nie patrzeć godzinami, ale z tych maleństw wyrosną duże, dorosłe koty, które, jeżeli nie uda im się znaleźć odpowiedzialnych domów, szybko podzielą los swojego ojca. Będą błąkać się po wsiach,  często głodne, zarobaczone, zakatarzone i będą robić kolejne kocie dzieci. Zbyt wielu jeszcze ludzi i nie ma tu znaczenia czy z miasta, czy ze wsi uważa, że jakoś to będzie. Że skoro jeden kot się uchował, to reszta też da sobie redę. Może i da, tylko jakim kosztem? Głodu, chorób, a nierzadko padając ofiarą znęcania się? Zosia nie chciała do tego dopuścić. Wśród rozpływania się nad maluchami, wśród doglądania, pilnowania i kochania, zajęła się dwoma ważnymi sprawami. Pierwszą było upilnowanie Perełki i nie dopuszczenie do kolejnego zajścia w ciążę tak długo, aż w bezpiecznym terminie zostanie wykastrowana, drugą, nie mniej ważną, znalezienie maluchom domów. Obie kwestie załatwiła koncertowo. Perełka została poddana zabiegowi i powróciła do swojego beztroskiego życia, a jej półroczne już dzieci, trafiły do swoich nowych domów.

Los jedynej dziewczynki wśród tego rodzeństwa, zasługuje na chwilę uwagi. Nazywana w nowym domu Gwiazdeczką lub Kometą, ze względu na calutki bury, po ojcu ogon, była dość pechową koteczką. Najłagodniejsza z rodzeństwa, grzeczna i spokojna, zawsze ostatnia podchodziła najpierw do cycka Perełki, a później do miski. Za każdym razem ktoś był silniejszy czy szybszy. Śliczna księżniczka o miodowych oczach odziedziczyła jedną wspólną cechę po obojgu rodzicach. Była bardzo ciekawa świata. Chciała zwiedzać, badać i odkrywać świat. Będąc jeszcze u Zosi, miała możliwość wychodzenia z domu. Z zapałem wizytowała różnego rodzaju zakamarki i kryjówki i zawsze jako ostatnia wracała do domu. Jej dom stały znajdował się w mieście, w dzielnicy kamienic, zakazanych zaułków, braku przyrody i z sąsiadami, których poglądy na zwierzęta były rodem ze średniowiecza. Szczególnie średniowiecza umysłowego, które za nic ma daty, gdyż jest to stan umysłu. Gwiazdeczka, kocię dwojga młodych ludzi, wiecznie zapracowanych i z urągającym wszelkim prawom kredytem hipotecznym, znalazła w końcu  sposób na zwiedzanie znajdującego się na drzwiami świata. Kiedy, nieopatrzenie wnoszący do domu zakupy ludzie, zostawili na zbyt długą chwilę otwarte wejście, Gwiazdeczka skorzystała z okazji. Czmychnęła niczym biała kometa z burym ogonem i uciekła z kochającego domu. Okazać się miało, że już na zawsze. Poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Rodzice Gwiazdeczki wpadli w rozpacz. Po całej dzielnicy porozwieszali ogłoszenia o zaginionej kotce, stukali i pukali do wszystkich drzwi na całej ulicy. Pozostawili też ogłoszenie w swojej lecznicy. Nadaremnie. Po roku poszukiwań dali za wygraną.

KILKA LAT PÓŹNIEJ.

-Kochani, zbieramy siły przed sezonem – odezwała się Kasia, założycielka jednej z wrocławskich fundacji zajmujących się bezdomnymi zwierzętami. -Zakasujemy rękawy, szykujemy się na akcję – kastrację. W tym tygodniu celem będą te działki – wskazała wiszącą na ścianie mapę, znajdującym się w pokoju mieszkania fundacyjnego czterem innym osobom. Może kilka uda się złapać, zawsze to później kilka miotów mniej – dodała z rozgoryczeniem i zabrawszy specjalną klatkę do łapania kotów, udała się z resztą na akcję. To wyjście było owocne. Udało im się odłowić pięć kotek, w różnym stanie i wieku. Każda niekastrowana, każda dzika, każda brudna, zarobaczona i chora. W szczególnie złym stanie była mała białaska, koteczka o niemożliwym do rozpoznania  przez ropę kolorze oczu.  Wszystkie zostały zabrane do weterynarza, przebadane i umieszczone w domu fundacyjnym. Biała koteczka była w najgorszym stanie. Zapalenie płuc, bagno w pyszczku i koci katar to tylko kilka z jej kłopotów. Podjęto decyzję, że malutka po wyleczeniu i kastracji,  nie wróci na ulicę. Udało się ją doprowadzić do zdrowia, ale problemy z oczkami, nawracający katar i usunięcie wszystkich zębów było ceną, jaką to biedne, łagodne stworzenie miało ponieść.

Domy fundacyjne mieszczą się często w starych, zniszczonych kamienicach. Nie inaczej było i w tym przypadku. Kiedy podjęto decyzję, że cała kamienica musi przejść gruntowny remont, na opiekunów padł blady strach. Tyle kotów pod opieką, domy własne i tymczasowe pękają w szwach, kilka rozwodów widnieje na horyzoncie, co robić? Postanowiono dać ogłoszenie w lokalnej gazecie, rozpuszczono wici i ze wszystkich sił starano się zapewnić godną opiekę rezydentom. Okazało się, że w ludziach wciąż jest dobre serce i cudem udało się zapewnić wszystkim zwierzętom domy.

Ośmioletnia białaska z burym ogonem i jedyny kot z którym nawiązała jakąkolwiek więź  młody czarnulek, trafili do domu, w którym było już trzech kocich mieszkańców. Mame i Tate tego towarzystwa postanowili odpowiedzieć na apel fundacji i użyczyć domu dwóm kotom. Decyzję o wzięciu od razu dwóch, podjęli wspólnie po krótkiej i wyjątkowo zgodnej rozmowie. Jeden kot mógłby się czuć nieswojo, zagubiony i zestresowany. Dwóm, szczególnie zaprzyjaźnionym, będzie trochę łatwej. Kasi z fundacji kamień spadł z serca. Dom wydał się być przyzwoity, a warunki godne. Przyjęła propozycję tych ludzi i dwudziestego grudnia, chwilkę przed świętami, piękna białaska i jej czarny przyjaciel przyjechali na zimowisko.

– Co to za imię, Amala – burknęła pod nosem Mame, otwierając książeczkę zdrowia koteczki, kiedy tylko zamknęły się drzwi za paniami z fundacji. – W życiu nie zapamiętam, nawet nie będę się wysilać – zwróciła się do Tate, który usiłował dostrzec schowane w kartonie w dużym pokoju koty. – To będzie trwało – odwrócił się do żony. – Czarnego nie widać, ta kotka go strzeże i pilnuje. A co do imienia, to dlaczego chcesz zmieniać? – Bo, – odparła proroczo małżonka, jak znam życie i nasze szczęście, to one u nas dłuuugo zostaną i ja chcę je nazywać po swojemu. – Co Ty mówisz? – zdziwił się naiwnie Tate, zabierając jej z rąk książeczki. – Amala i Rubel, imiona jak imiona, nie wiem co Ci się nie podoba – popatrzył zdumiony. – Ja Ci mówię, przeznaczenie tu gdzieś lata i krąży nad naszym domem. Nie upieram się, że nad nami, ale nad  tą dwójką na pewno – odparła stanowczo Mame i zamykając kocie książeczki zdrowia stwierdziła –  Amelka i Dolar, co? – Ona jest śliczna i Amelka do niej pasuje, a braci Rosjan to ja bardzo lubię, a im dalej od naszego kraju, tym lubię ich bardziej. Amelka i Dolar, Dolarek – ładnie, prawda? – Ładnie, ładnie, -odparł Tate i doszedł do wniosku, że skoro wszystkim kotom nie da się pomóc, to przynajmniej tym dwojgu stworzą najlepsze na jakie ich stać warunki.

 

Cdn….

Wasz Kubuś


Rozmowy z Kotem
  • 107

Dodaj komentarz