Remoncik. Część druga, ostatnia.

Rozmowy z Kotem
  • 116

-Zobacz, a ta? Albo ta? Popatrz, popatrz jakie one są piękne, weźmy wszystkie, to od razu pomalujesz cały dom, zobacz, no popatrz tylko jakby było pięknie, ta z taką tapetą, albo nie, lepiej z tą, ta jest prześliczna, no i czego się nie zachwycasz Ty wyprany z poczucia estetyki komputerze na dwóch nogach, patrz mówię do Ciebie i ja chcę widzieć jakąś reakcję, a nie wszystko sama mam robić, myślisz że dla towarzystwa tu przyjechałeś? To wspólne mieszkanie i wspólnie będziemy wybierać, o nie, nie dotykaj tego paskudztwa, to sobie możesz na ścianę rzucić jak się wyprowadzisz do piwnicy i to tylko wtedy, kiedy nie będę musiała do niej wchodzić. O, popatrz, a ta? Najpiękniejsza na świecie, chyba zmienię koncepcję, jak dobrze, że w tym sklepie można oddać to co się kupiło, bo w tej sytuacji tapeta którą już wybrałam nie będzie pasowała do tego koloru. Nie gadaj teraz do mnie, muszę pomyśleć – ostatnim oddechem wyrzuciła z siebie Mame i rzucając w nieruchomo stojącego Tate swoją kurtką i torebką, z lubością zanurzyła się w przyczepionych do ściany próbnikach farb.

-Jak to dobrze, że już ją trochę znam, bo chyba bym został alkoholikiem.-, pomyślał zdruzgotany Tate, zarzucając sobie jej torebkę na ramię, na drugie zaś szarmancko rzuconą kurtkę. – Co ona nosi w tej torbie, znowu ziemniaki? – pomyślał ze zgrozą, przypominając sobie jeden z powrotów jego nieobliczalnej żony do domu. Sapała jak miech kowalski, kiedy weszła do kuchni, a on z niedowierzaniem patrzył jak ze swojej ukochanej torebki, która według niego nie odbiegała rozmiarem od worka marynarskiego, wyciągnęła chleb, torebkę ryżu i nie bez lekkiego szarpnięcia, pięć kilo ziemniaków.  – No, -sapnęła z satysfakcją, rzucając nonszalancko ziemniaki na stół. – Porządna torebka, wytrzymała.  Nie zagłębiając się zbytnio w zawartość obecnie używanej torby, która, notabene, służyć mogła za broń zaczepno-obronną, podążył śladem szalejącej wśród farb małżonki.  Zastanowiło go zgoła co innego. Mame niby wiedziała, jaki kolor chce mieć na ścianie, ale zapytana wprost, fukała, syczała, kazała spadać, a jak lekko ochłonęła, to wysoce niechętnie wyciskała z siebie informację, że beżowy. Taki ładny, z kropką żółtego, żeby było jasno i słonecznie, ale nie ziemisto, po czym nie bacząc na własne słowa, szalała wśród kompletnie innych odcieni niż zamierzała kupić. Tate, człek doświadczony zawodowo, który zęby zjadł na programach graficznych, a przygotowanie materiału do druku, typu kalendarze czy inne ulotki robi w nocy i na śpiąco, w przeciwieństwie do Mame posiada umiejętność łączenia nazwy koloru z jego wyglądem i  włos na głowie mu się jeży, kiedy próbuje nadążyć za jej tokiem rozumowania. Mame coś chce, coś w tej swojej głowie szalonej widzi, ale za skarby świata nie potrafi mu wytłumaczyć co. Tate w milczeniu podchodzi do rwącej z rozpaczy włosy na głowie Mame, łapie tę swoją sierotkę za rękę, ciągnie trzy kroki w przeciwnym niż ona zmierzała kierunku i łapiąc ją dziarsko za ramiona, ustawia twarzą do ściany tak, aby dostrzegła dokładnie te kolory których potrzebuje.  Po pierwszym odruchu buntu Mame daje się zaciągnąć, postawić, ustawić, po czym twarz jej się rozpromienia, oczy nabierają właściwego blasku, ręką sięga ku właściwej puszce z dokładnie tym kolorem, który sobie wymarzyła, po czym odwraca się ku Tate i mówi – I po jaką cholerę kazałeś mi szukać z tamtej strony, skoro tu jest ta farba, której szukam?. Spodziewający się takiej właśnie reakcji Tate, bierze w milczeniu potrzebną ilość puszek, układa starannie w wózku obok leżących tam gruntu, wałków, pędzli i innych niezbędnych do malowania oraz tapetowania rzeczy, po czym głosem pogodzonego z życiem męża swej żony zwraca się do niej – Kochanie, piękną farbę znalazłaś, to może teraz zastanów się, czy tapeta będzie do niej pasowała, czy idziemy wymienić?

Będącej w remontowym amoku Mame przemknęło przez głowę, że stało się tu coś dziwnego, coś, czego nie pojmuje do końca, ale doszła do wniosku, że zastanowi się nad tym później. Tate przypomniał jej o bardzo ważnej kwestii. – Chodź idziemy, – odezwała się w końcu. – Tapeta sama się nie wybierze, a już późno, dobrze że malowanie to ciche zajęcie, nie będziesz tłukł się sąsiadom nad głowami. – To Ty myślisz, że ja od razu dzisiaj zacznę? – wyrwało się Tate, który o sekundę za późno ugryzł się w język. – Nie, – popatrzyła na niego z politowaniem. Nie myślę, ja to wiem – dodała zimno, odzyskując kontrolę nad sytuacją. – Chyba nie sądzisz, że w marcu?- rzuciła i poleciała w stronę tapet.

– Co jeszcze? – pomyślał załamany Tate, -co ona jeszcze wymyśli? Dobrze że ten  sklep nie jest całodobowy, bo do Sylwestra by z niego nie wyszła – myślał ponuro Tate, podążając za swoim trudnym szczęściem. – Rany boskie, co ona robi??? – zatrzymał się w pewnej chwili jak wryty, widząc targającą pod pachą jakąś długą dechę Mame. – Ja już nie mam do niej siły, może ucieknę i się nie przyznam, że ją znam? Ona zawsze mi tak robi – rozważał Tate, któremu jednak nie było dane skorzystać z tego, jakże roztropnego pomysłu ucieczki, gdyż w pewnym momencie, nie pozostawiając wątpliwości do kogo się zwraca, Mame ryknęła na pół sklepu – No chodźże tu szybciej, przecież to jest ciężkie, nie będę tego targać jak głupia, a muszę zobaczyć jak to wszystko do siebie pasuje. – Co za dechę tam targasz i dlaczego nie mogłaś pójść z tapetą do dech, a nie na odwrót? Tapety są lżejsze – zapytał beznadziejnie, chcąc nie chcąc podchodząc do żony. – I Ty mówisz, że jesteś inteligenty? – rozjuszyła się Mame. – Nie będę latać jak kot z pęcherzem po sklepie z naręczem tapet. To jest decha z paneli które mamy w sypialni, przymierzę z farbą do tapet i będzie wiadomo z którą najładniej leży. – Dobrze, już dobrze, rób co chcesz, tylko wyjdźmy już z tego sklepu – jęknął zrezygnowany Tate.  – Zaraz, co się irytujesz, przecież idę – mruknęła pod nosem Mame, zmierzając potulnie za Tate ku kasie.  Biedny Tate nie zdążył się nawet zastanowić, że określenie potulna Mame to oksymoron lepszy niż dajmy na to, uczciwy polityk, gdy ta w ułamku sekundy zawinęła na pięcie i nim zdążył mrugnąć okiem, zobaczył ją buszującą z lubością wśród zasłon i firan. – A Ciebie gdzie znowu zaniosło, mieliśmy iść do kasy – jęczał rozpaczliwie, przetaczając ciężki wózek w przeciwnym niż dotychczas kierunku. – Cicho, nie marudź, jesteśmy na miejscu, to od razu oglądnę zasłony, nie będę dwa razy latać – odparła radośnie Mame, która od momentu wyjścia z domu miała dokładnie rozplanowane alejki, które zamierza zwizytować. Po jakiś pięciu wiekach i chyba wszystkich szczegółowo  omówionych firanach, zasłonach i kawałkach materiału, Mame podjęła decyzję. Tuląc do siebie piękne fioletowe zasłony, zdecydowała, iż zakupy może uznać za udane. Kiedy wrócili do domu, liczący na chwilę spokoju i oddechu Tate, musiał pogodzić się z tym, że plany Mame co do losów tego wieczoru są ważniejsze od jego planów i chcąc nie chcąc, a patrząc na jego minę raczej nie chcąc, zabrał się za przygotowania do malowania.

-Co za piekielna zaraza, co za cholera jedna, czy ja nie mogłem ożenić się z jakąś cichą i spokojną kobietą tylko musiałem trafić akurat na tę – sapał z wysiłku Tate, stojąc na drabinie i machając pędzlem. Remoncik trwał w najlepsze. Tak jak zaplanowała ta cholera, przyjeżdżał po pracy, jadł obiad, chwilę odpoczywał i zabierał się do pracy. Raz jeden zadał tylko pytanie na temat wielkości porcji, które od początku remontu stały się jakby zauważalnie mniejsze. Nie mająca litości Mame potwierdziła fakt zmniejszenia ilości podstawianego mu pod nos pożywienia, uzasadniając to nawet logicznym, acz okrutnym argumentem, że jak dostanie za dużo na raz, to się za bardzo napcha i będzie mu się ciężko na drabinie stało. Jak skończy to się naje. Otumaniony Tate postanowił nie protestować.

Trzeciego dnia remontu Mame zaczęło nosić. Tate znał już te objawy i zdawał sobie sprawę, że za chwilę zostanie o czymś powiadomiony. Autorytatywnie, bezrefleksyjnie, oraz, jakże by inaczej, bez pytania go o zdanie.  Nie musiał długo czekać. Podczas przełykania niewinnego barszczyku, Mame wypaliła  z grubej rury. – Kupilkiklm  szammmke – wymamrotała niewinnie i pod nosem. – Co zrobiłaś – równie czerwony co spoczywająca na talerzu zupa spytał Tate. – Noooo…..Kupkikkmm szammme- jeszcze raz wymamrotała trzepocząca rzęsami Mame. – POWIEDZ MI WYRAŹNIE, CO ZROBIŁAŚ- bardzo spokojnym głosem, odkładając powoli łyżkę na stół zapytał Tate. – Nooooo……..- zaczęła znowu Mame, lecz w tym momencie zadzwonił domofon. – Wstawaj od tego stołu, musisz iść tam na dół i to szybko, to ludzie pracy, oni nie mają całego dnia – z prędkością kuli armatniej wypaliła Mame – No leć człowieku, dziwić się będziesz później, ja tego nie przyniosę bo za ciężkie, ja mogę Ci co najwyżej windę trzymać. – Dawaj, idziemy – dodała i zaczęła się ubierać. – Powiesz mi w końcu co zrobiłaś? – ryknął wściekły Tate. – Oj co się tak irytujesz, wrzodów dostaniesz, szafę kupiłam, dawaj na dół, bo trzeba to przynieść – odparła Mame, rezolutnie wybiegając z mieszkania i dając Tate, mało, bo mało, ale jednak,  czas na przyswojenie informacji.  Kiedy po pół godzinie wypruty z wszelkich sił opadł na kanapę, jego najwspanialsza na świecie małżonka z niewinną miną i zimnym piwem w dłoni stanęła w drzwiach pokoju. – No co- rzuciła zaczepnie, podając mu butelkę. Promocja była, a Ty zajęty, to nie chciałam Cię jeszcze tym obarczać, a i tak mieliśmy kupić. To kupiliśmy. Ładna, prawda? – dodała zawadiacko, uznając, że jeżeli sama z siebie kupi Tate piwo, to on na pewno jej nie zamorduje. Tate popatrzył tylko na nią wzrokiem rannego łosia, wypił duszkiem całe piwo i z mocnym postanowieniem, iż nie da sobie podnieść ciśnienia wyżej niż aktualnie w nim buzujące, zabrał się za dalsze malowanie.

Czwartego dnia remontu, kiedy tylko wszedł do domu, poczuł że coś jest nie tak. Nie potrafił jeszcze tego nazwać, ale doskonale wiedział, że ma to związek z nim oraz remontem i wcale, ale to wcale nie chce wiedzieć co. Jeszcze jej szafy nie wybaczył. Mame była bardzo zadowolona z siebie i to już wróżyło kłopoty, a kiedy w połowie obiadu zadzwonił domofon i poleciała go odebrać, Tate poczuł, że niewinne ziemniaczki które właśnie był spożywał, stają mu kością w gardle. Po chwili do domu wszedł uśmiechnięty Zenek, ulubiony wujek i zarazem ojciec chrzestny Mame. – A Ty co jeszcze przy stole robisz? – spytał zdziwiony Zenek.  Moja siostrzenica ta tu stojąca mówiła, że wiatrak chcesz powiesić, to gdzie on jest i dlaczego go nie przygotowałeś? – dopytywał Zenek, rozkładając równocześnie swoją świętą wiertarkę. – A, wiesz, dopiero wrócił, jeszcze nie zdążył, ale ja mam wszystko gotowe, zrobię Ci herbatę  i możecie wiercić – uśmiechnięta i zadowolona Mame zwróciła się do Zenka. – A Ty się pospiesz, Zenek nie ma całego dnia – z uśmiechem uroczej, ale jednak hieny odwróciła się do Tate. Wiatrak trzeba powiesić, już, już go przynoszę – zagruchała radośnie i po chwili wtargała do pokoju wielkie pudło zawierające w sobie podsufitowy wiatrak. – Piękny jest, mówię Wam, ale będzie to wszystko razem cudownie wyglądało – z zachwytem mówiła Mame, rozpakowując równocześnie wiatrak. – Mówiłam że piękny?

Wszystkie, ale to dokładnie wszystkie myśli, które w tym momencie przemknęły Tate przez głowę, nie nadają się do publikacji.  Jedyna którą mógł się podzielić to ta, że podczas tego remontu jest jakoś wyjątkowy cichy. Mało rozmowny. Nie udzielający się. Zamontował z Zenkiem wiatrak, dokończył obiad i ogłosił strajk. Doszedł do wniosku że na trzeźwo jego żona nie przeżyje ani sekundy dłużej, ubrał się zatem i udał do pobliskiego monopolowego w celu nabycia poważnego środka leczniczego, gdyż piwo mogłoby się okazać nieskuteczne. Kiedy wrócił do domu ze swoją ulubioną whisky, na stole w pokoju zastał przygotowaną doń szklaneczkę i kubełek  z lodem.  W milczeniu zasiadł w fotelu i rozpoczął proces leczenia. Mame nie było. W przelocie tylko zauważył, że w domu jest, ale przemyka po nim cichutko, wręcz wtapia się w ściany. Było mu to nawet na rękę. Po czwartej szklaneczce gotów był przeanalizować sytuację. Z malowania sypialni, zrobiło się malowanie z tapetowaniem, w międzyczasie doszło wieszanie karnisza, bo przecież tej cholernej ścierki do ściany nie przybije, Ta, Której Imienia W Tym Wcieleniu Wymawiać Nie Będzie, za jego plecami kupiła szafę, wiatrak pod sufit i wydaje jej się, że jednym piwem się wykpi?  Szósta szklaneczka wzbudziła w nim poczucie głodu. Nie wiedząc skąd, zanim jeszcze zdążył się odezwać, pojawiła się przed nim aromatyczna i gorąca potrawka z kurczaka. Jego ulubiona. Tate dorwał się do talerza, pochłonął potrawkę, beknął donośnie i poczuł zmęczenie. Trochę zamroczony położył się na kanapie, przykrył leżącym na stole obrusem i najzwyczajniej w świecie zasnął. Wciąż nigdzie nie widział Mame

Obudził go zapach kawy z którym dzielnie konkurowała parująca na talerzu jajecznica. Niechętnie otworzył jedno oko i doszedł do wniosku, że coś tu nie pasuje. Spał co prawda na kanapie, ale rozłożonej,  w piżamie, pod tyłkiem ma prześcieradło, pod głową poduszkę,  na sobie kołdrę, a ze stołu zniknęło lekarstwo, szklaneczka i lód. Zdziwiony rzucił przytomniejszym okiem na otoczenie. Wszystko było w porządku, po wczorajszym stanie przedzawałowym  nie było śladu, tylko trochę niewyraźny obraz majaczył się pod oknem. Usiadł, przetarł oczy, zogniskował wzrok i zobaczył opierającą się o parapet swoją własną, cieszącą się nie wiedzieć z czego żonę.- Śniadanko Ci kochanie zrobiłam, jajecznica, tosty i kawka, cieszysz się? – spytała anielskim głosem i nie dając mu czasu na zastanowienie, dodała – To jak już zjesz i się trochę ogarniesz, to dokończysz sprzątanie po remoncie, a potem będziesz musiał trochę pomachać piłką do drewna, bo kupiłam choinkę, ale ma bardzo gruby pień i nie zmieści się do stojaka. Zobacz, stoi na balkonie, piękna, prawda?

Cdn…

Wasz Kubuś

 


Rozmowy z Kotem
  • 116

Dodaj komentarz