Święta. Część trzecia,ostatnia.

Rozmowy z Kotem
  • 127

-Zaraz  pęknę – zbolałym głosem odezwała się zielono – żółta na twarzy BABCIE. – Kto to widział tyle jedzenia robić – poprawiła się wygodnie na kanapie, usiłując poluzować opięte do granic wytrzymałości spodnie. – Na przyszłe święta musisz zrobić  o połowę mniej – dodała oskarżycielsko zwracając się w stronę Mame. – Ja mam zrobić mniej?- zaskoczona Mame polała sobie rękę nalewanym właśnie do literatki kompotem z suszu. – Ja? – poprawiła, oblizując mokre palce.  – Przypominam Ci uprzejmie, bo widzę , że z przejedzenia ostrość widzenia straciłaś, że to Ty przyniosłaś dwa kilo ryby po grecku, tonę śledzi i trzy ciasta – zadowolona, że udało się jej zjeść wszystkiego z wielkim umiarem, powiedziała Mame. – Gdyby na stole było tylko to, co ja zrobiłam, do domu wrócilibyście głodni – stwierdziła i z wielką satysfakcją iż sama założyła spodnie na gumce i nic ją nie uwiera, rozsiadła się z kompotem na kanapie.

Od wielu już lat dawało się zauważyć znaczne zmniejszenie ilości spożywanego na święta jedzenia. Pomna spędzanych w dzieciństwie świąt Mame, miała powszechną raczej tendencję do robienia za dużo. Jadło się to później na siłę przez kilka dni i zamiast wrócić do normalnych porcji, takich jak przed świętami, pchało się to w siebie i męczyło żołądki, oraz, jak w przypadku różnego rodzaju masochistów, biedne łazienkowe wagi. Urządzenia te złośliwe mają tę wspólną dla nich cechę, że po świętach zawsze pokazują więcej kilogramów niż przed. Szanująca swoje zdrowie psychiczne Mame, wiele lat temu doszła do budującego wniosku, że skoro przedmioty te są tak wredne, to ona nie będzie z nimi rozmawiać. Nie ma rozmowy, nie ma stresu.  Pomna swego postanowienia nalała sobie kolejną porcję ulubionego kompotu z suszu i zrobiła szybki przegląd znajdujących się na stole dań.

Królował nań przede wszystkim barszcz z uszkami. Zakwas dochodził w kuchni już ponad dwa tygodnie i każde wejście do domu w tym czasie przywodziło na myśl wizytę na zapleczu sklepu jakiegoś starego Żyda. Do tej ilości pływającego z burakami czosnku i rozsiewającego swą woń  po całym domu, młody Żyd Mame nie pasował. Wyliczone co do sztuki uszka, własnoręcznie wyprodukowane, miały raczej dodać smaku, niż zapchać brzuchu po ich zjedzeniu. Pierogi z grzybami zajmowały większą wazę, gdyż milczący brat Mame cierpiał na niezrozumiałą dlań przypadłość, mianowicie nie znosił ryb, pierogi natomiast uwielbiał. W tym roku był nadzwyczajny urodzaj grzybów i mając do dyspozycji osiem litrowych słoików suszonych prawdziwków i podgrzybków, można było zaszaleć z farszem.  Sałatka jarzynowa z dwóch ziemniaków i trzech jajek zajmowała niewielką salaterkę i absolutnie nie była w stanie nasycić do wypęku. W równie malutkich miseczkach znajdowały się kapusta z grzybami i ryba w szarym sosie.  Pomiędzy tym leżał sobie mały karp przerobiony na dzwona w ilości sześciu sztuk. Obrazu dopełniała maleńka miseczka z kutią i dzbanek kompotu. Na myśl o kompocie Mame zaświeciły się oczy. Uwielbia kompot z suszu i mogłaby go pić przez cały rok, a nie tylko do marca. Na balkonie, w wielkim garze stał sobie zapas i uzupełnienie do dzbanka, a w skrytce  oczekiwały na swój moment zakupione zapasy w ilości pozwalającej na produkcję tego niebiańskiego napoju w każdy weekend, aż do właśnie, owego marca.  Z niechęcią uznała, iż w tym roku BABACIE  również nie zaszalała i nie wyprodukowała jedzenia pozwalającego wyżywić pułk głodnego wojska przez co najmniej tydzień. Zrobiła rybę po grecku i w zalewie, śledzika w śmietanie i wersję drugą z buraczkami. Ale już trzy ciasta. Uczciwie trzeba było przyznać, że faktycznie w małych ilościach. – To pewnie przez to, że kiedyś na Wigilię zbierała się zdecydowanie większa ilość rodziny i to jedzenie jakoś znikało – rozmyślała Mame.  Dla czterech osób w dalszym ciągu było to dużo. To nic- dodała jej praktyczna strona charakteru. Jutro rano też przyjdą, dostaną dodatkowo bigosu i pieczeni oraz zimnych nóżek, to dopiero wtedy BABCIE będzie mogła jęczeć że eksploduje.

Pierwszy dzień świąt w maminej pamięci zawsze był tym uroczystym. Śniadanie rozpoczynało się o dziewiątej i tak jak w Wigilię, obowiązywał strój odświętny.  Do domu dziadków przyjeżdżała rodzina w postaci sióstr, braci, wujków i innych ciotek ze swoim potomstwem i niewielkie pół bliźniaka gdzieś w Wielkopolsce, zamieniało się w gwarny i tętniący życiem dom. Dorośli prowadzili różne ważne dysputy, na wielce poważne tematy, dzieci bawiły się w prowizorycznej bazie, którą na ten czas było po prostu miejsce pod stołem i podkradały z niego różne  smakołyki , albo urządzały gonitwy na pięterku. Był to zawsze, w jednym na szczęście temacie,  czas zgryzoty i stresu dla Mame. Posiadała i do tej pory posiada pewnego rodzaju ułomność, nazywaną potocznie dziurawą brodą. Jakby się nie starała, jak nie pilnowała, zawsze ubierze na siebie jakąś wyjątkowo głodną bluzkę, która przez ową dziurę  zdobędzie pożywienie. Mame, z wielkim rozgoryczeniem twierdzi, że zwyczaj zakładania śliniaczków nie powinien dotyczyć tylko małych dzieci.  Po śniadaniu, obowiązkowo na godzinę dwunastą, całe to towarzystwo zbierało się do kościoła na mszę. Po powrocie babcia leciała do kuchni robić obiad , a później, kiedy wszyscy się już najedli, nadchodził najlepszy czas. Czas kawy, herbaty, ciast i kolędowania. Dziadziuś wyciągał akordeon, zasiadał na krześle u szczytu stołu i intonował pierwsze nuty wybranej przez siebie kolędy.  Po kolei włączali się wszyscy obecni, by w chwilę później jednym głosem wyśpiewywać radośnie w rytm podawany przez dziadka. Kiedy zaś zapadał zmierzch, przez wieś wesołą gromadą przechodzili się kolędnicy, niosąc na długim kiju wielką, kolorową i świecącą gwiazdę.

– To były czasy – rozmarzyła się Mame i z wielkim smutkiem doszła do dwóch wniosków. Jeden z nich, przykry ale niestety prawdziwy, że jakkolwiek by nie pragnąć powrotu do tamtych chwil, nie jest to już możliwe, gdyż tworzący je ludzie, żyją tylko w naszej pamięci. Drugi zaś, na który na szczęście można mieć jakiś wpływ, to zdobycie płyty z tradycyjnie nagranymi kolędami. Wbrew pozorom, nie jest to wcale takie proste. Od lat, ze zgrozą i niesmakiem oglądać można w telewizji różnego rodzaju gwiazdy, gwiazdeczki i stworzenia, którym wydaje się, że potrafią śpiewać, jak z uporem maniaka walczącego o lepszą sprawę, przerabiają piękne kolędy na swoją modłę, żeby tylko pokazać, że potrafią. Żeby zmienić aranż, żeby zaznaczyć swoją w nich nutę, żeby pokazać, że potrafią. Nikt nie wątpi że potrafią, tylko rodzi się pytanie, po co? W jakim celu jeden narcyz z drugim zmienia muzykę tak, że dopiero po teksie można rozpoznać, co to za kolęda? Na półce z płytami leży piętnaście płyt z dziwolągami, nagranymi przez różnej maści artystów. Mame kupowała je z zacięciem godnym lepszej sprawy, żeby znaleźć chodź jedną płytę, na której znajdą się jej dwie ukochane kolędy – Przybieżeli do Betlejem pasterze i Bóg się rodzi nagrane tak ,żeby od pierwszego dźwięku  nie było wątpliwości, co to za utwory. Są to pieśni radosne, wyrażające szczęście z narodzin i nadzieję z nimi związaną, a śpiewane często na nutę tak smętną i ponurą, jakby co najmniej wykonawca na zaparcia cierpiał, i w tym właśnie momencie organizm postanowił odpuścić.

– Dobra, koniec tego marazmu i zasypiania mi tu przy stole – gromki głos Mame zabrzmiał w uszach przysypiającego towarzystwa niczym wystrzał armatni. Siedząca w ciszy Mame postanowiła właśnie zakończyć swe słodko – gorzkie rozważania i rozruszać towarzystwo. –  Ubieramy się, nie będziemy tyle siedzieć przy stole, mam pomysł – dorzuciła z błyskiem w oku i nutą nieuchronnego w głosie. – No już, już, wstajemy, zostaw tego pieroga mężu drogi, po powrocie on też tu będzie, nikt go nie ukradnie, no ruszcie się, zaraz będzie ciemno – pogoniła wszystkich i nie bacząc na ich protesty, w mgnieniu oka wyniosła całe jedzenie do kuchni, błyskawicznie pochowała do swoich ulubionych pudełek i ruchem mistrza Tetris upchnęła to wszystko w wydawać by się mogło, załadowanej do granic możliwości lodówki. – Chodźcie, mam plan, pospieszcie się, -rzuciła już z przedpokoju i nie oglądając się za siebie, popędziła na dół po schodach.

Po pierwszym szoku, zaskoczona trójka faktycznie przysypiających biesiadników popatrzyła na siebie z rozpaczą. – Co ona znowu wymyśliła, – Tak dobrze mi się na tej kanapie przysypiało,  – A wydawało mi się, że jak tak cicho siedziała i słuchała kolęd, to może nie jej do tej szalonej głowy nie strzeli – odezwali się do siebie równocześnie, by po chwili wybuchnąć gromkim śmiechem. Znali przecież swoją żonę, córkę i siostrę i wiedzieli, że zbyt długa cisza z jej strony, to cisza podejrzana. Ich czujność została uśpiona ilością  podanego jedzenia. – Wiecie, odezwał się milczący brat Mame. Ja to bym się z chęcią ruszył, zasiedziałem się. A skoro ona coś zaplanowała, to ja  nie muszę się zastanawiać – dodał i stękając z przejedzenia począł zakładać buty. – Ja się piszę i idę do auta, – sapnął i podążył za siostrą. Tate z BABCIE popatrzyli na siebie z westchnieniem i w milczeniu. Wiedzieli że z Mame nie ma się co kłócić i niechętnie, gdyż kanapa głośno domagała się ich powrotu, ale ubrali się i wyszli z domu.

Pełna wigoru Mame zapakowała całe towarzystwo do samochodu, popędziła jak szalona do domu, by wrócić po chwili z termosem pełnym ciepłej kawy i słusznymi ilościami kawałków ciasta, gdyż szaleństwo szaleństwem, ale nie można przecież dopuścić, by jej się towarzystwo zbuntowało i zapragnęło wrócić do domu, gdy ona życzy sobie ruszyć w nieznane. Nieznanie objawiło się po jakiś dwóch godzinach jazdy.  Kiedy Mame wjechała na AOW i skierowała się DK8 w stronę Kotliny Kłodzkiej, wszyscy myśleli, że jadą z wizytą do rodziców Tate. Jednakże w Kłodzku, gdzie zwyczajowo skręca się z trasy Mame pojechała prosto, doszli do wniosku, iż z jakiś tajemniczych powodów jadą do Kudowy Zdrój.  Kudowa jak najbardziej leżała   maminych planach, była li tylko przystankiem na trasie. Zatrzymali się tam, a i owszem. Pospacerowali po pięknym parku zdrojowym, popodziwiali jego zimową szatę, po czym zmarznięci, ale zadowoleni i w zgoła innych nastrojach niż na początku trasy,  wrócili do samochodu. Wyruszając z Kudowy , Mame realizowała swój plan ruszenia się z domu. Tate domyślił się najwcześniej dokąd i którędy jadą, milczący brat wpadł na to samo w momencie, kiedy jego szalona siostra nie wróciła na trasę do Wrocławia, a skierowała się w stronę Dusznik Zdrój. Jechała jak na nią, bardzo powoli. Na trasie leżał śnieg, było pięknie, mroźno i malowniczo. Innych, uciekających od stołu ludzi było w tej okolicy całkiem sporo, jednak po osiągnięciu  przełęczy Polskie Wrota, początkującą od tej strony przepiękną trasę zwaną Autostradą Sudecką, na trasie zrobiło się pusto. Jechali wśród  ośnieżonych lasów, z widoczną po prawej stronie wesoło płynącą sobie graniczną rzeką, Orlicą.  W samochodzie zrobiło się cicho.  Podróżnicy zatopili się we własnych myślach, podziwiając otaczającą ich zimową szatę tych pięknych terenów.  N ich twarzach widać było spokojną zadumę i spokój ludzi, którym właśnie nigdzie się nie spieszy. W jednym, wyjątkowo urokliwym miejscu Mame nagle zatrzymała samochód. Nikt nie pytał dlaczego. Widoki zapierały dech w piersiach i grzechem byłoby tak po prostu je ominąć. Pospacerowali chwilę, Mame zapakowała Tate za kołnierz słuszną porcję śniegu, narażając się okrutnie na rewanż w postaci ataku trójki spiskowców przeciw niej i mokra oraz czerwona i zimna od śniegu, zagoniła towarzystwo do samochodu i ze śmiechem ruszyła dalej. Dojechali do Międzylesia, która to miejscowość jest punktem końcowym trasy i, kierując się w stronę Kłodzka, od tej niecodziennej strony dotarli do domu brata Tate, w którym biesiadowała cała jego rodzina. Oprócz tatowego  bratostwa i rodziców , spotkać można było różne ciotki i wujków, ich dzieci, a także wnuki. Mama Tate, kobieta energiczna i trzymająca władzę w tej części rodziny, poczęła ustawiać towarzystwo. Kazała wnukom poprzestawiać krzesła, donieść talerze i zrobić przybyłym gościom kawę i herbatę. Nim BABCIE i milczący brat Mame się obejrzeli, już siedzieli za suto zastawionym stołem, z przerażeniem lekkim patrząc na lądujących przed nimi talerzach z ciepłymi flaczkami.  Przed Tate wylądował taki sam talerz, natomiast Mame dostała specjalnie dla niej przygotowaną zupę grzybową. W tym rozgardiaszu nikogo to nie zdziwiło.  Mame z porozumiewawczym uśmiechem spojrzała na swoją teściową, w zamian otrzymała równie konspiracyjnie puszczone oczko i zadowolona z siebie zaczęła pałaszować swoją grzybową tak, jakby od wczoraj nic w ustach nie miała.

To lubię – pomyślała, kiedy skoczyła jeść i rozsiadła się wygodnie w fotelu. Piętnaście osób, gwar, chaos, ten się drze, ten beknął z przejedzenia, dzieciarnię zaraz zamknę w piwnicy, albo zaknebluję, dziadki siedzą sobie z BABCIE  i ja mam święty spokój, mój  szanowny brat i Tate siedzą z bratem Tate i rozmawiają o samochodach, a najbardziej w tym wszystkim podoba mi się to, że ja tego nie będę sprzątać – uśmiechnęła się szelmowsko od ucha do ucha i podniosła głowę do podchodzącej właśnie swojej teściowej.  – Cieszę się, że Ci się udało ich ruszyć – odezwała się uśmiechnięta jedna konspiratorka do drugiej. – No, ba, – mruknęła z zadowoleniem Mame. – Udało się, znowu zrobiłam z siebie nieokrzesaną wariatkę, ale już dawno się przekonałam, że jak nie weźmiesz z zaskoczenia, to tego leniwego towarzystwa wołami z domu nie ruszysz.  Całe szczęście że dałaś mi znać, że wszyscy się tu zbierają, bo gdybym chciała przywieźć ich od razu do was, to wiesz co by się działo. Zaraz by jęczeli, że nie, że im się nie chce, że nie będą przeszkadzać i takie tam różne głupoty. A tak, proszę. Wywleczesz z zaskoczenia z domu, zrobisz fajną wycieczkę, a na końcu zatrzymasz się dokładnie tam, gdzie było to zaplanowane – dodała Mame i w poczuciu dobrze wykonanej misji uśmiechnęły się  szelmowsko z teściową do siebie.

Cdn…

Wasz Kubuś


Rozmowy z Kotem
  • 127

Dodaj komentarz