Wielbicielki Kubusia. Część pierwsza.

Rozmowy z Kotem
  • 75

Uroczyście oświadczam co następuje:

-nie biorę żadnej odpowiedzialności za opowieści Kubusia
-nie umiem rozmawiać po kociemu, więc skąd mogłabym wiedzieć o czym on mówi
-jestem nieśmiałą introwertyczką i w życiu nie zaprosiłabym do domu na noc nieznanych mi ludzi
-nie mam komputera, laptopa ani internetu a pisać umiem tylko gęsim piórem
-przypominam że Kubuś ma dziurę w głowie i to o czym opowiada to efekt zbyt dużej dawki świeżego powietrza, które w związku z dziurą wietrzy mu w łepetynce

Mame

Wysiadająca pół godziny później niż Aleksandra z pociągu z Katowic Sylwia, rozejrzała się po wrocławskim dworcu z rozrzewnieniem. Kochała to miasto, tak inne od rodzinnych Katowic. Za jego kolory, za atmosferę, otwartość mieszkających w nim ludzi i za krasnale. Uśmiechnęła się lekko pod nosem. Tak właśnie, za krasnale.  Energicznym krokiem podeszła do znajdującej się na peronie trzecim ławeczki, zadumany z lekka wzrok rzuciła na znajdującą się na nim tablicę upamiętniającą tragiczną śmierć jednej z ikon polskiego kina, Zbyszka Cybulskiego, który pewnego mroźnego styczniowego dnia z tego właśnie peronu wyruszył w swoją ostatnią podróż, usiadła na ławeczce, zarzuciła elegancko  nogę na nogę, nie bacząc na zakazy przeciągłym ruchem wyciągnęła z torebki papierosa, z lubością go odpaliła i zaciągając się  powoli wzięła do ręki telefon. Miała całe pół godziny na załatwienie ważnych spraw.

Kilka miesięcy wcześniej siedząca przy laptopie Mame zauważyła mrugającą ikonkę powiadomień. Kolejne zaproszenie do jakiejś grupy. Zazwyczaj z automatu je odrzuca i tak też zamierzała zrobić i tym razem, ale zaintrygowała ją nazwa grupy. W tytule był Kubuś, co od razu ją zaciekawiło. Postanowiła zaglądnąć. Grupę stworzyła niejaka Sylwia, z którą to Mame dość często rozmawiała na Messengerze. Należały do niej również lecąca aktualnie przed dworzec Aleksandra i dość tajemnicza w swoim temacie, acz wyjątkowo rozgadana na tematy kocie, Joanna. – O, – zdumiała się Mame. To przecież są te wariatki z którymi tak często wymieniamy uwagi pod postami Kubka. – Do tej grupy to mogę dołączyć, doszła radośnie do wniosku i zaakceptowała zaproszenie. Nie miała pojęcia do czego może ją w przyszłości zaprowadzić to jedno kliknięcie.

Cztery kocie wariatki w tym jedna tajemnicza, rozkręciły się w typowej dla podobnych do siebie i nadających na tych samych falach osobach wymianie myśli. Długie i owocne konwersacje o szerokim spektrum, począwszy od badawczych z kim to ja mam do czynienia, poprzez zwykłe i codzienne pogaduszki o dupie Maryni i różowych majtkach, do całkiem poważnych i mocno osobistych, pozwoliły na pewnego rodzaju wzajemne poznanie się.  Cztery stykające się ze sobą tak różne i tak silne osobowości, miały tylko dwa wyjścia. Scementować tę znajomość jednym silnym akcentem, albo nie brnąć dalej  i zakończyć ją szybko oraz bezboleśnie. Szalona i nudząca się Mame, zwariowana pracoholiczka, udająca przed sobą że to nieprawda – Aleksandra, pewna siebie i przebojowa Sylwia, oraz tajemnicze niewiniątko z diabłem za skórą – z rzadka odzywająca się, acz skrzętnie notująca w pamięci każde zasłyszane słowo Joanna, postanowiły inaczej. Postanowiły się spotkać. Cztery obce sobie baby i święty Tate, który jak zwykle i to na własne życzenie o niczym nie miał pojęcia. Brak pojęcia wynikał z permanentnego braku czasu. Nie żeby Mame prowadząca długie rozmowy w grupie i rechocząca ze śmiechu jak żaba na haju, nie czytała mu co ciekawszych rozmów. Nie, żeby nie piali razem spłakani ze śmiechu na co celniejsze teksty. Tate twierdził, że nie ma czasu na uczestnictwo w grupie. Mame w niedalekiej przyszłości twierdziła zatem z wyjątkowo czystym sumieniem że sam jest sobie winien i teraz niech nie marudzi. Niech przyjmie to dzielnie na klatę. Klata miała bowiem za zadanie ugościć w weekend trzy kompletnie obce osoby. Impreza organizowała się właściwie sama, będąca w swoim żywiole Mame pogoniła biednego właściciela wcale nie wątłej klaty po sklepach celem zakupu akcesoriów niezbędnych do wytwornego podjęcia wyczekiwanych gości. Mówiąc wprost maminy żywioł pognał z Tate u boku po ekskluzywne welurowe materace oraz pasującą do nich pościel w ilości trzech sztuk wszystko. Mame znalazła się w raju. Uwielbiała akcje pod tytułem „coś się dzieje i trzeba się przygotować”. Rzuciła się w wir porządków tak dokładnych, że nawet Sanepid w osobie BABCIE nie miałby prawa się do czegoś przyczepić. Wypucowane mieszkanie ze lśniącymi oknami wypełniła woń bigosu. Wprawdzie Mame nie spożywa mięsa od jakiegoś ćwierćwiecza, niemniej jednak potrafi je przyrządzać. Zakupiła niezbędne do produkcji bigosu składniki i na tydzień przez wizytą wyczarowała gar tej ulubionej przez większość ludzi potrawy. Według niej porządny, uczciwy bigos który nie przynosi wstydu musi pyrkać na gazie co najmniej tydzień. Inaczej nie nazywa się bigosem tylko kapustą z mięsem. Zapasy różnego rodzaju kiełbas,  serów i ogórków  ugięły półki lodówki. Mame była gotowa na podjęcie gości.

O ile trzy z tych gwiazd nie miały oporów przed ujawnieniem swojego wizerunku pozostałym i co rusz wrzucały na grupę swoje zdjęcia w mniej lub bardziej kompromitujących odsłonach, o tyle wstydliwa i nieśmiała Joanna zaparła się wszystkimi czterema kopytkami niczym najbardziej uparta a zarazem najpiękniejsza i najbardziej charakterna w stadzie młoda mulica, którą to równie uparta oraz zawzięta starszyzna mułów chciała wydać za bogatego acz ułomnego umysłowo osła z wrogiego klanu. Na nic zdało się pajacowanie pozostałych trzech i ich głupie zdjęcia mające zachęcić uparciucha do ujawnienia swego oblicza. Na nic prośby, groźby, tłumaczenia i podlizywanie się, na nic obraza i kilkudniowe wymowne milczenie. Zawzięta niczym rój komarów próbujący dogonić pociąg wiozący cysternę krwi, zdecydowała się w końcu w chwili słabości na jedno maleńkie odstępstwo. Na odczepnego dla tych, jak je w myślach nazywała pazernych na jej  wizerunek hien, wrzuciła w końcu zdjęcie. Jedno. Z twarzą szczelnie zakrytą maseczką i pod parasolem. W trzech miastach kraju rozległy się głuche, przeciągle długie i ponure w swej wymowie odgłosy. W Katowicach ludzie wybiegli z domów. Ten dźwięk oznaczał jedno. Tąpnęło w kopalni, stała się tragedia! W Lubinie w jedynej galerii handlowej i na targu ludziom ze wzruszenia odebrało mowę. Ten dźwięk oznaczał tylko jedno. Rada miasta podjęła decyzję o zakopaniu przynoszonej wstyd Lubinowi dziury i stworzeniu tam Rynku z prawdziwego zdarzenia. Dźwięk był bowiem odgłosem zamykanej opasłej księgi z uchwałami miasta w której to zapisany został ten historyczny, podpisany przez wszystkich rajców akt. We Wrocławiu na jednym z osiedli, na czwartym piętrze w sąsiadującym z mieszkaniem Mame i Tate innym podobnym lokalem,  ich wyjątkowo biuściasta sąsiadka podniosła głowę zza gazety. Nie miała wątpliwości skąd ów dźwięk się roznosi. I też mógł oznaczać tylko jedno – Przestań tłuc tym łbem w ścianę wariatko jedna, bo mi się paprotka denerwuje! – ryknęła biuściasta w stronę sąsiadującego z jej sypialnią dużego pokoju Mame. -Trzeba panować nad emocjami, – dodała już ciszej i wróciła do szalenie ciekawego artykułu w którym to roztrząsany był namiętnie temat drugiej ciąży trzecioplanowej celebrytki z  puszczanego w telewizji podłego serialu klasy C. Mame, Sylwia i Aleksandra po tej wyjątkowo spektakularnej reakcji na otrzymane zdjęcie, załamały się. Utraciły bojowego ducha, sklęsły w sobie i dopiero po dłuższej chwili i oprzytomnieniu doszły do budującego wniosku. Skoro ta tajemnicza cholera nie chce się ujawnić, to ciekawe jakim cudem poznają ją kiedy już przyjedzie na weekend. Nie miały wątpliwości że przyjedzie, gdyż jej miłość do Kubusia i spółki przebijała nawet poprzez ekran monitora.

-He, He – zaśmiała się do siebie radośnie Joanna po reakcji molestujących ją ciągle o zdjęcie  wariatek. – Chciały zdjęcie? – Chciały. – Dostały? – Dostały – myślała sobie radośnie zasiadając w przedziale pociągu wiozącego ją z pracy do domu. – Przecież nie było mowy o tym, że mam się pokazać od razu cała. Pandemia szaleje – dodała rozsądnie i oddała się rozmyślaniom.

Do momentu w którym to planowała wyjazd do Wrocławia przywiodła ją długa droga. Równie inteligentna co nieśmiała, ukrywała się przed światem za maską nieprzystępnej i stroniącej od towarzystwa dziewczyny. Idioci ją nudzili, puste acz miłe koleżanki nie stanowiły zbyt pożądanego otoczenia i Joanna na którymś etapie swojego życia zwróciła się w stronę pomocy zwierzętom. Posiadała trzy swoje, najukochańsze na świecie koty, ale wypełniające ją pokłady miłości i życzliwości dla świata, musiały znaleźć gdzieś ujście. Zaangażowała się w pomoc potrzebującym. W swoim rodzinnym mieście działała prężnie przy OTOZ, wspierała liczne zbiórki na rzecz skrzywdzonych i naturalnym było, że w którymś momencie swojego życia trafi na stronę ZMD prowadzoną przez kociotkę Małgosię. U Małgosi w tamtym właśnie czasie rezydowałem akurat ja. Wasz Kubuś. Byłem świeżo po operacji, brudny i samotny, a kilka kociotek starało się mnie adoptować. Małgosia jednak wybrała mi na mame Mame. Kiedy się przeprowadziłem i Mame musiała założyć mi stronę internetową, bo nie była już w stanie odpowiadać na niezliczone zapytania o mnie i moje zdrowie wszystkim zainteresowanym, Joanna postanowiła pójść za mną. Tak samo zrobiły Sylwia i Aleksandra. Ale kiedy Gosia ogłosiła światu że znalazłem swój dom, wszystkie trzy, nie znając się wtedy zupełnie, zareagowały tak samo. – CO?! Jak to wyprowadza się?! Do jakiejś obcej baby której nie znam?! Przecież ona się nie nadaje, przecież on powinien zostać w ZMD! Muszę teraz śledzić co ta baba z nim robi, to nie może tak być! -rozlegały się w formie grzmotów okrzyki przed trzema komputerami.

Wraz z upływem kilometrów dzielących Joannę od domu, przeleciała jej przed oczyma cała historia, od zobaczenia kociej biedy, do bacznego obserwowania co nieznana baba z ową biedą robi, poprzez bliższe z nią poznanie, osiągnięty umowny spokój że kotek całkiem nieźle trafił, aż do momentu w którym to zaczęła się zastanawiać co takiego ta Mame ma w sobie, że święty Tate się z nią ożenił.  – To oczywiste że muszę to sprawdzić – mruknęła pod nosem wysiadając na swojej stacji z pociągu. – Może trzeba go ratować? Uwięzion on czy co? – Zasmuciła się trzymanym prawdopodobnie siłą przez Mame Tate i energicznym krokiem udała się do kasy po bilet do Wrocławia. – Uratuję go choćby nie wiem co – dodała mężnie i skierowała się ku domowi pakować walizkę.

Sylwia odpaliła drugiego papierosa. Ruchem świadomej swego seksapilu kocicy poprawiła grzywkę, uśmiechnęła się w duszy na widok wywołanej reakcji u trzech kręcących się po peronie żołnierzy i rozpoznając Tate w idącym ku niej mężczyźnie z wiadrem na kiju od miotły, w zwolnionym tempie i z gracją podniosła się z ławeczki.  Dwugodzinna podróż z Katowic nie dała szans na długie rozważania, nie było jej to zresztą potrzebne. Pewna siebie, energiczna i doskonale wiedząca czego chce od życia, pozwoliła sobie na krótką tylko chwilę wspominek. Pokochała mnie żarliwie od pierwszego wejrzenia i gdyby nie fakt posiadania w domu już dwóch kotów, co zasadniczo nie robi różnicy przy chęci posiadania trzeciego oraz pana męża, co tę różnicę jednak czyni, od dawna mieszkałbym już w Katowicach. Tę obcą, co śmiała sprzątnąć mnie jej sprzed nosa wzięła pod ostrą lupę. -Gdyby nie gabaryty mojego mieszkania i odległość, już ja bym tej francy pokazała, kto jest godzien opiekować się tym wyjątkowym kocim maleństwem – myślała wtedy wiedząc z całą pewnością że zrobi wszystko, żeby przyjechać do Wrocławia i osobiście sprawdzić czy wszystkie pyłki są z należytą gorliwością i prawidłowo usuwane sprzed moich łapek. – Niechby spróbowała nie – dodawała buntowniczo. – Starłabym wtedy tego przerośniętego  krasnala na miazgę – uzupełniała swoje rozważania o wzrost, kiedy to wśród licznych rozmów okazało się, że Mame osiągnęła średnio imponujący odrost od ziemi wynoszący całe 160 cm. – Zaczynamy zatem -zdusiła papierosa w śmietniku, zarzuciła na ramię ulubioną czarną ramoneskę i z uśmiechem przywitała się z Tate. Widok dzierżącego przezeń wiadra na kiju od miotły spowodował przyznanie dziesięciu punktów dla Mame za pomysł, bowiem bez cienia wątpliwości wiadomym było kto był jego inicjatorem, oraz pięćdziesięciu punktów dla Tate, który go zrealizował. – Dodam jeszcze dziesięć dla Tate za bohaterstwo, bo realizacja to jedno, a to że w kwestii wiadra nie miał pewnie nic do powiedzenia to drugie – uznała, kiedy po powitaniu skierowali się ku wyjściu.

Wysiadającą po ośmiu godzinach jazdy z pociągu Joannę powitała pustka. Pełno kręcących się ludzi, nikogo wyraźnie czekającego i rozglądającego , spowodowało lekki atak paniki. – Gdzie ja trafiłam, po co mi to było, a jak to prowokacja? Jak to jacyś złoczyńcy podszywają się pod Mame i Tate? Jak to Mame i Tate są złoczyńcami i chcą tylko moich nerek na handel? – przeraziła się nie na żarty. Trzęsącymi się rękoma chwyciła za telefon.

Stojącym po drugiej stronie peronowego kiosku trzem szczerzącym się co rusz babom zapipkały  telefony. – Halo, czy ktoś mnie odbierze? Ktoś na mnie czeka? Czy mam wracać do domu? – zagubiona żałość przebijająca nawet przez ekran ukazała się ich oczom. -No nareszcie, przyjechała, szykujcie telefony musimy zdjęcia porobić, gdzie ona jest, Tate, nagrywaj ja biorę wiadro – rozległo się w niewidocznej dla Joanny części peronu.  Coraz bardziej opustoszały, nie dawał zbyt wielkiego wyboru. Joanna postanowiła obejść przeszkadzający jej w obserwacji kiosk. Ruszyła niepewnie przed siebie. Stojąca twardo z wiadrem na kiju od miotły Mame zobaczyła skradającą się obładowaną torbami w koty postać. Nie miała w tym momencie żadnych wątpliwości że oto ich oczom ukazuje się w końcu skąpiąca swych zdjęć niczym Matka Natura rozumu politykom tajemniczo- nieśmiała Joanna. Przywołała na twarz swój najbardziej szelmowsko – uroczy uśmiech, podniosła niczym sztandar dzierżone w dłoni wiadro na kiju i z satysfakcją sapnęła na cały peron. – No nareszcie!

Wychodzącej zza kiosku, coraz bardziej niepewnej Joannie ukazał się jej komitet powitalny. Sympatyczny facet przed którym stały dwie wysokie trajkoczące bez opamiętania baby i jedna niższa blondynka, z uśmiechem oznaczającym dla ciebie kłopoty, dumnie trzymająca coś w ręku. Joannę zatchnęło. W ułamku sekundy zrozumiała kogo widzi. Szczerzącą się Mame, nawijające niczym komentatorzy sportowi wyścig gepardów Aleksandrę i Sylwię, oraz milczącego i przejętego na twarzy Tate.  W drugim ułamku dotarło do niej co Mame trzyma w ręku. Joannę zgięło.  – Dawaj nerki – odezwała się uroczo Mame podchodząc do bliskiej omdlenia, obładowanej torbami dziewczyny. -Teraz już się nie wywiniesz, dodała jeszcze bardziej uroczo Mame. – O nie, zdążyła jęknąć Joanna. Nie było szans na ucieczkę. Na pierwszy dźwięk głosu Mame Aleksandra i Sylwia umilkły. Zareagowały błyskawicznie.  ich twarze przybrały sympatyczny wyraz, ich oczy złowieszczy. Nim Joanna zdążyła zrobić cokolwiek, rozległ się dźwięk strzelanych bez opamiętania fotek.  Załamana i zmęczona podróżą dziewczyna poddała się.

 

Wasz Kubuś

 

Cdn…

 


Rozmowy z Kotem
  • 75

Dodaj komentarz